środa, 4 maja 2011

Dom bogów i żelazny krzyż

 06.09.2010
O świcie, niedługo przed Astorgą, natrafiamy na niezwykłe miejsce w środku pola. Słońce wschodzi, gdy naszym oczom ukazuje się stolik zastawiony wszelkimi pysznościami - ciastkami, owocami, sokami, kawą i herbatą. Wszystko pokryte serduszkami i kolorowe, jest też pieczątka w kształcie serca. Obok znajduje się jakiś stary magazyn, w pewnym momencie drzwi rozsuwają się i wychodzi wesoły mężczyzna, dokłada na stolik nowe porcje ciastek i owoców. Patrzymy z niedowierzaniem na puszkę z napisem: "donativo". To Casa de los dioses, dom bogów - David to mężczyzna, który stworzył to miejsce z myślą o pielgrzymach i dogląda go, ofiarowując swój czas, pieniądze, miłość. Na ścianie magazynu motto: Nuestra vida es la obra de nuestros pensamientos - Nasze życie jest dziełem naszego myślenia.
Astorga - kolejne z dużych miast na szlaku. Oczywiście zdobi je przepiękna katedra, ale tuż obok niej architektoniczne dziwo mistrza Gaudiego - dawny pałac biskupi, w którym aktualnie mieści się Muzeum Camino, wyglądający jak księżniczkowy zamek rodem z bajek Disneya. Miasto słynie także z pysznych wyrobów czekoladowych, niestety muzeum czekolady jest w poniedziałki zamknięte tak jak i muzeum Camino, więc nie jest mi dane zobaczyć ani jednego ani drugiego. By uczcić tradycje miasta, pijemy jednak po filiżance czekolady w kawiarni wraz z Martą i Miyae, a potem rozstaję się z polską grupą i podążam dalej znów tylko z moją koreańską przyjaciółką. Po drodze mijamy prześliczne miasteczko - Santa Catalina de la Somoza. Wędrówka jest tego dnia trudna, z wysiłkiem docieramy do El Ganso - wieczorem okazuje się, że mam gorączkę, może to dlatego szło mi się tak ciężko.

07.09.2010
Zaczęły się góry. Droga jest ciężka, ale i bardzo urokliwa - właściwie byłaby urokliwa, gdyby nie to, że w pewnym momencie dnia popsuła się pogoda i zasłony mgły i deszczu zasłoniły piękne widoki. Po drodze Rabanal del Camino - kolejne śliczne miasteczko z kamienia. W barze sprawdzamy skrzynki mailowe - ogromnie się cieszę, gdy widzę, że dostałam maile od przyjaciół z Camino, z którymi pożegnałam się wcześniej. Roberta wróciła już na szlak z powrotem z Włoch i podąża naszym tropem, a Andrea (z grupki Włochów) i Marcos są ciekawi jak radzę sobie dalej. Miasteczko Foncebadón wygląda na totalnie opustoszałe i zrujnowane, jest tam chyba tylko albergue - za to podobno bardzo przyjemne. W deszczu osiągamy Cruz de Hierro  - najwyższy punkt na Camino, żelazny krzyż pod którym pielgrzymi zostawiają niesiony z domu kamyk - na znak uwolnienia się od grzechów i ciężarów. Już tu. Chcemy zatrzymać się z Miyae dziś w Manjarin, niezwykle klimatycznym miejscu, pozbawionym elektryczności, prowadzonym przez prawdziwego templariusza;) Niestety przebyłyśmy jak na razie zbyt krótki odcinek. Ostatnie 7 km w deszczu i zimnie było potworne, ale gdy zbliżałyśmy się do El Acebo, mgła odsłoniła zapierający dech w piersiach widok gór.

Dodatek praktyczny: Warto wziąć ze sobą z domu jakiś malutki kamyczek, który symbolicznie zostawimy potem na Cruz de Hierro. Na Astorgę dobrze poświęcić więcej czasu i zobaczyć muzea (warto zaplanować pobyt w tym mieście tak, by NIE wypadł w poniedziałek;)). Góry są piękne, ale trudne (po płaskiej mesecie to daje się we znaki) no i z bardzo kapryśną pogodą.

W "domu bogów"

Pałac biskupi autorstwa mistrza Gaudiego

Miyae na trasie

Cruz de Hierro - Żelazny Krzyż

Manjarin


Magicznie położone El Acebo

Mgły podnoszą się, odsłaniając widok gór

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz