środa, 1 czerwca 2011

Klasztor, ambulans i chwila słabości

11.09.2010
Tego dnia dużo schodzenia w dół, wciąż wśród malowniczych górskich widoków. W Triacastela urządzamy sobie piknik na murku, otoczone zielenią i górami, radosne, beztroskie. Tak jak mówił nam wczoraj zakochany po uszy w Galicji Niemiec, jest to miejsce z pozytywną energią. Zieleń wzgórz, chrupiąca bagietka z dżemem, jogurt i połówka jabłka - niewiele potrzeba tu do szczęścia.
Wśród zieleni wyłania się w dole majestatyczny, robiący niesamowite wrażenie klasztor benedyktynów w Samos. To jeden z najstarszych klasztorów zachodniego świata, pielgrzymów też przyjmujący już od dawien dawna. Zatrzymujemy się więc ochoczo na nocleg w tym miejscu przesyconym historią. Albergue jest bardzo gościnne, mieści się w jednej z sal w klasztorze, ściany ozdobione są malunkami związanymi tematycznie z Camino. Wraz z nami śpią tu też nowi znajomi - francuski kleryk, sympatyczny Hiszpan Felipe, śliczna Austriaczka Vicky i spotkane wczoraj dwie Polki. Zwiedzamy piękny klasztor z hiszpańską przewodniczką - zachwycam się urokiem krużganków i pięknem ogrodu. Na piętrze ściany pokryte są dość nowoczesnymi malowidłami. Wieczorem idę do kościoła posłuchać jak mnisi śpiewają gregoriańskie nieszpory.

Gdy wracam z kościoła, czeka mnie nieprzyjemna niespodzianka. Miyae, która została w albergue, leży na swoim łóżku, wokół niej zebrało się kilka osób. Czuje się fatalnie - chyba zatrucie. Wspaniali hospitaleros otaczają nas obie opieką, ktoś inny daje jakieś krople czy lekarstwa, w końcu decydują się wezwać karetkę. Jest już noc, zabieram dokumenty Miyae i jadę z nią ambulansem na pogotowie. Czuję się trochę jak we śnie - jestem gdzieśtam w Hiszpanii, pędzę karetką w ciemnościach nie wiedząc nawet dokładnie gdzie, z cierpiącą Koreanką z tyłu. Musiałam wyglądać na przerażoną, bo sympatyczny młody hiszpański ratownik medyczny, który prowadził ambulans, koniecznie starał się mnie zabawić rozmową. Lekarz zalecił dietę, wysłał nas taksówką do apteki po leki i odesłał do albergue w Samos. Następnego dnia Miyae czuła się już trochę lepiej.

Dodatek praktyczny: Nie zalecam pić wody z kranu i ze źródełek na terenie Galicji. O ile wcześniej było to możliwe i wszędzie woda była pitna i nawet zdrowa, o tyle przed wodą galicyjską wszyscy nas przestrzegali - być może to ona była powodem choroby Miyae.

12.09.2010
Jestem gotowa zostać z moją koreańską przyjaciółką jeden dzień dłużej w Samos, ale ona rano jest już zdecydowana żeby iść dalej. Niestety nie może dużo jeść, jest na ścisłej diecie, więc i sił jej brak - idziemy bardzo wolno, postanawiamy zrobić tego dnia tylko 12 km do Sarrii. Sarria to miejscowość oddalona od Santiago mniej więcej o 100 km - kilka dni drogi. Jest więc bardzo zatłoczona, bo wielu pielgrzymów, którzy chcą tylko otrzymać compostelkę zaczynają dopiero tutaj. Jest to miasteczko nastawione na turystów i zysk, pełne prywatnych albergues. Ponieważ zrobiłyśmy dziś tak niewiele kilometrów, doganiają nas znajomi z polskiej grupy oazowej - spędzamy radosny wieczór, gotując razem kolację wraz z Martą, Emilką, Markiem, Moniką, Michałem i ks. Andrzejem.

Camino zrobiło się niestety bardzo zatłoczone, komercyjne. Ja też czuję się już trochę zmęczona, szczególnie po wczorajszej ciężkiej nocy i powolnym, męczącym dniu. Jest jakby inaczej. Marzę o celu. Tęsknię za przyjaciółmi z początku drogi. Coraz częściej myślę o domu. W końcu mija właśnie miesiąc mojej podróży - miesiąc jak idę i codziennie śpię w innym łóżku. Myślę, że za te dwa tygodnie wrócę chętnie, stęskniona. Ale też dojrzalsza, silniejsza, mądrzejsza i piękniejsza. Myślę też, że jednak po powrocie będę bardzo tęsknić za Camino.
zmęczona, wśród wzgórz Galicji

najbardziej zielony rejon Hiszpanii

w dole imponujący klasztor w Samos

albergue w klasztorze w Samos

Samos

malowidła na pierwszym piętrze


kościół

a tu już Sarria

trochę egzotyki

widok na Sarrię

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz