Pokazywanie postów oznaczonych etykietą La Rioja. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą La Rioja. Pokaż wszystkie posty

środa, 22 lutego 2012

Camino "od drugiej strony" - z doświadczeń hospitalery

Autobus odjechał, zostawiając mnie w środku spalonego słońcem pola. Rozejrzałam się wokół. Z nieba lał się żar, a wokół niemalże pustynia – bezkres pokrytych pożółkłą trawą wzgórz. Podniosłam z ziemi plecak, odwróciłam się w stronę widocznych w odległości około kilometra zabudowań i ruszyłam przed siebie drogą wśród słoneczników, ciesząc się głęboko w środku na widok znajomej wieży kościoła widocznej ponad dachami domów. 

Grañón... co jest wyjątkowego w tej małej wiosce, ostatniej na Camino w prowincji La Rioja? Kilka ulic, kilka sklepów i barów, ludzie żyjący skromnie, leniwie, spokojnie, głównie staruszkowie, bo młodzi uciekli – do szkół, na studia, do pracy, wracają tylko na wakacje. Pewnie jest tysiące takich miejsc na hiszpańskiej prowincji. Niestety, nie wszystkie mają szczęście leżeć na szlaku najpopularniejszej drogi wiodącej do Santiago. 

Jednak co takiego jest w Grañón, co sprawia, że zmęczeni pielgrzymi gotowi są iść w słońcu dodatkowe 6 km, bardzo często po to, by spać na materacu lub podłodze, gdy we wcześniejszym Santo Domingo de la Calzada jest luksusowe schronisko, ze wszystkimi dogodnościami najlepszego hotelu, w miasteczku uroczym, pełnym zabytków i sklepów?
To atmosfera Grañón czyni to miejsce wyjątkowym.
A co sprawia, że ta atmosfera jest tak wspaniała, zarówno dla pielgrzymów, jak i dla hospitaleros przyjeżdżających tam – jak ja – jako wolontariusze?
Poznałam to miejsce zarówno z perspektywy pielgrzyma – o czym pisałam tutaj, jak i właśnie hospitalero – wolontariusza, tymczasowego „opiekuna” schroniska i pielgrzymów tam przybywających i chcę się podzielić z Wami tym drugim doświadczeniem, równie wyjątkowym jak pielgrzymowanie. 
Na początek krótki filmik, przygotowany przez moją "współhospitalerę", jedną z osób, z którymi dzieliłam pracę, niezastąpioną Agotz:



 Jeśli go obejrzeliście w całości to właściwie nie potrzeba pisać już nic więcej - praca hospitalero to nie tylko trud sprzątania schroniska, gotowania dla kilkudziesięciu osób, przyjmowania pielgrzymów, troska i pomoc im okazywana, ale też radość z tego, co się robi i okazja do poznania wspaniałych ludzi i wygłupów z nimi. To także wolny czas, w którym można relaksować się i zwiedzać okolice :-)

Z sercem drżącym z radości i głową pełną przywołanych wspomnień sprzed roku, przestąpiłam próg drewnianych drzwi witających mnie pielgrzymią muszlą, zanurzyłam w chłód kamiennych murów i wdrapałam schodami kościelnej wieży do najprzytulniejszego miejsca w jakim zdarzyło mi się przebywać. Znajome drewniane podłogi, kamienne ściany i lekki półmrok, stół z wazonem kwiatów, maleńka kuchnia, kominek, a na nim święte wizerunki, pianino i gitara, muzyka sącząca się z głośników...
- Czy jest hospitalero? - z uśmiechem spytałam jakąś kobietę, która zeszła z poddasza, już wypoczęta po trudzie wędrówki.
- Po prostu wybierz sobie materac i wpisz się do księgi - odpowiedziała.
- Ale potrzebuję jakiegoś hospitalero, gdzie są?
- Na zebraniu w swoim pokoju, bo przyjechała nowa hospitalera... ale wystarczy że się wpiszesz...
- Nie nie, nie jestem pielgrzymem, też jestem nową hospitalerą - sprostowałam i kobieta pokazała mi pokój, do którego zapukałam i nieśmiało zajrzałam.

[Z domu wyjechałam tydzień wcześniej, po trzech dniach podróży autostopem dotarliśmy z moim chłopakiem do domu przyjaciółki w nadmorskiej miejscowości koło Barcelony, gdzie spędziliśmy kilka dni zwiedzając Katalonię, by potem ruszyć w całonocną podróż autobusem do Burgos, a tam rozdzielić się - on ruszył do Oviedo rozpocząć własne Camino, a ja do Grañón by zostać hospitalerą. Mieliśmy spotkać się za dwa tygodnie w Madrycie, by razem uczestniczyć w Światowych Dniach Młodzieży, a potem ruszyć autostopem z powrotem w stronę domu - przez Pamplonę i Kraj Basków, jak się okaże. W każdym razie, po tej całonocnej podróży wyglądałam faktycznie bardziej jak strudzony pielgrzym niż przyszła hospitalera.]

W pokoju były cztery osoby - Agotz, Baskijka, z którą miałam dzielić te 2 tygodnie wspólnej pracy oraz wcześniejsi hospitaleros, których mieliśmy zastąpić - Hiszpanki Angela i Sonia oraz Włoch Luigi. Agotz dopiero co przyjechała samochodem i wyjaśniali jej zasady. Wszyscy powitali mnie serdecznie, wypytali o podróż, a Luigi wręczył mi list, który tydzień wcześniej zostawiły dla mnie moje trzy przyjaciółki z roku, które właśnie wędrują swoim Camino. Byłam bardzo zmęczona, ale wysłuchałam cierpliwie wszystkich porad, a następnie Luigi został na straży, a Angela i Sonia zabrały mnie i Agotz na obiad do restauracji urządzonej w pobliskiej pustelni w Carrasquedo. Gdy wróciłyśmy z powrotem, w schronisku był już nasz kolejny towarzysz przyszłych dni - Pablo z Madrytu. Przyglądaliśmy się pracy hospitaleros, pomagaliśmy im przygotować kolację dla pielgrzymów i prowadzić wieczorną modlitwę, a rano posprzątać - i zostaliśmy sami. Pablo miał już doświadczenie z poprzedniego roku, Agotz uczestniczyła w kursie na hospitaleros - a ja... ja postanowiłam zdać się na intuicję :) Zrobiliśmy spacer po miasteczku, szybko zaprzyjaźniliśmy się z przesympatycznymi i otwartymi jej mieszkańcami - właścicielami sklepów i barów, sąsiadami, dla których życie schroniska było główną atrakcją i rozrywką leniwego letniego okresu, wspaniałym księdzem o imieniu Jesús (tak, Jezus to imię dość popularne w Hiszpanii:)), mającym pod opieką parafię i schronisko, który wcześniej pracował jako misjonarz w Ekwadorze... Pierwszego dnia jeszcze się troszkę stresowałam, ale szybko zorientowałam się co i jak i wieczorem, kładąc się spać, byłam już spokojna i szczęśliwa...
Pierwsza połowa sierpnia to okres najbardziej pracowity na Camino, więc trzy dni później do naszej trójki - mnie Polki, Baskijki Agotz i Madrytczyka Pabla dołączył Javier z Navarry - starszy od nas, ale jeden z najweselszych i najcieplejszych ludzi jakich w życiu spotkałam. W takim wspaniałym kwartecie miały upłynąć nam najbliższe 2 tygodnie...

Jak wygląda dzień hospitalero?
1. Wstajemy rano, żeby o 6:15 pielgrzymi mieli gotową ciepłą kawę i mogli zasiąść do śniadania, a potem żegnamy ich aż do wyjścia ostatniego - do śniadania nie była potrzebna cała czwórka, więc zmienialiśmy się i co parę dni można było dłużej pospać, ale o dziwo - każdy był bardzo niechętny do zostania w łóżku kiedy przypadła jego kolej! - ściskanie i całowanie pielgrzymów przed ich drogą, przyjmowanie słów wdzięczności, rozsyłanie porannych uśmiechów - było zdecydowanie jedną z przyjemniejszych części dnia!
2. Kiedy już wszyscy wyszli, zabieramy się za sprzątanie - zmywanie po śniadaniu, zamiatanie i zmywanie podłóg i schodów, składanie materacy, czyszczenie kuchni i łazienek... włączaliśmy muzykę i... do pracy! Schronisko nie jest duże, a nas była czwórka, więc zwykle z tym punktem dnia uwijaliśmy się błyskawicznie i gadaliśmy, siadaliśmy żeby odpocząć... chyba że zanim skończyliśmy (czasem już koło 10:00 rano!) pojawiali się pielgrzymi i należało przejść do kolejnego punktu:
3. Przyjmowanie pielgrzymów - powitanie strudzonych wędrowców ze wszystkich krajów uśmiechem, szklanką wody lub soku, kawałkiem melona, krótkie wyjaśnienie zasad działania schroniska - wybór materaca, wpisanie się do księgi...
4. Czas dla pielgrzymów - przychodzili przez cały dzień do wieczora, czasem prosiliśmy innych by przekazywali, że wystarczy wpisać się do księgi i wybrać materac... jeśli skończyły się materace, szukaliśmy im miejsc na karimatach, kocach, w innych pomieszczeniach, nawet na kościelnym chórze - miejsce było zawsze, nawet w dniu gdy przyszło 90 pielgrzymów (!). Przyjmowaliśmy też przypadki szczególne - rowerzystów, wędrowców z psem, wędrowców konno, harcerki z namiotem, pielgrzyma na wózku inwalidzkim, młodą matkę pielgrzymującą z rocznym dzieckiem w wózku...
5. Czas dla nas - zostawialiśmy kogoś do opieki nad schroniskiem, a sami jechaliśmy - do pobliskich miejscowości na zakupy, a czasem na zwiedzanie - ku mojej radości odwiedziliśmy różne piękne miejsca regionu Rioja jak znane mi z zajęć z literatury Berceo czy San Millán de la Cogolla, albo górskie sanktuarium w Valvanera. Można było też po prostu posiedzieć z książką w ogrodzie, wystawiając twarz do słońca...
6. Wspólne przygotowywanie kolacji przy pomocy pielgrzymów, którzy zwykle są bardzo skorzy do pomocy - wspólna praca integruje, daje mnóstwo radości i poczucie wspólnoty!
7. Kolacja - wystawialiśmy składane stoły i krzesła, jedliśmy wspólnie, przed kolacją wygłaszając przemowę na temat działalności schroniska (zwykle służyłam za tłumaczkę z hiszpańskiego na angielski ze względu na wielonarodowość pielgrzymów), a potem wspólne sprzątanie i zmywanie, przy którym pielgrzymi również nam niesamowicie pomagali.
8. Modlitwa - jeden z najważniejszych rytuałów tego schroniska. Całkiem dobrowolna, ale zwykle uczestniczyło w niej wiele osób, niekoniecznie wierzących. Na chórze kościoła, przy zapalonej świecy, mistyczna i magiczna, w wielu różnych językach... każdy mógł w swoim języku coś powiedzieć od siebie lub zaśpiewać, niektórzy płakali, jedno z najpiękniejszych codziennych doświadczeń życia w Grañón.
9. Szykowanie śniadania na stołach na następny poranek - płatków, ciastek, dżemów...
10. Wieczór w jednym z barów - my, hospitaleros, miejscowi, często dołączali do nas pielgrzymi... Wspaniałe wieczory, kiedy mogłam przysłuchiwać się, obserwować i poznawać z bliska kulturę i styl życia Hiszpanów, ich codzienność życia, zwyczaje i rozmowy... Choć często oczy kleiły mi się ze zmęczenia i przestawałam nadążać za slangowym bełkotem hiszpańskiego gadulstwa w rozmowach pospolitych... bardzo ceniłam sobie te wieczory.

Dni mijały szybko, jednostajnie, ale wcale nie nudno - czasem urozmaicały je wycieczki, ale przede wszystkim codziennie inni, wspaniali ludzie czynili dni wyjątkowymi. Zdarzały się dni gorsze i lepsze, ale pamiętam takie, kiedy zamykałam oczy i chłonęłam atmosferę szczęścia, wspólnoty i radości i uczestniczenia w czymś dobrym i wspaniałym. Jak wtedy, kiedy przyjechał pielgrzym na wózku inwalidzkim i by mógł zjeść z nami kolację, urzeczywistniliśmy szalony plan zniesienia wszystkich stołów i jedzenia na dół na trawę... Albo gdy oddaliśmy pokój Javiera do dyspozycji młodziutkiej matki z maleńkim dzieckiem, tak odważnej, i tak nam wdzięcznej za okazaną dobroć... Gdy w ciepły wieczór słuchaliśmy cudownego głosu Davida, paryskiego śpiewaka operowego, albo gdy pojechaliśmy w las oglądać rozgwieżdżone niebo... Uśmiechy i ciepłe słowa mieszkańców wioski, żarty sąsiadów, życzliwość piekarzy, którzy pozwalali nam przygotowywać jedzenie dla pielgrzymów w ich piekarniku, a potem tańczyć na ulicy by je nam wydali... i polska, domowa szarlotka, którą upiekłam w hiszpańskim schronisku z jabłek ofiarowanych nam przez właściciela pobliskiego sklepiku, który kilka tygodni później zmarł, zostawiając w rozpaczy swoją matkę, która prowadziła razem z nim sklep, w którym kupowaliśmy zawsze warzywa i owoce...

Wiele, wiele bym jeszcze mogła wymieniać.
Co jest najcudowniejsze w Grañón?
- donativo, cała dobroć jaką się tam otrzymuje jest za całkowicie dobrowolne "co łaska", a i tak wdzięczni pielgrzymi zostawiają po sobie tyle, że schronisko jest w stanie funkcjonować i codziennie gościnnie przyjmować i karmić tylu wędrowców ile przybędzie, przez okrągły rok - nawet zimą!
- ciepłe, przytulne, kominkowe wnętrze, tworzące niezrównany klimat
- gościnność i otwartość mieszkańców wioski
- nieprzewidywalność każdego dnia - niesamowici ludzie ze wszystkich krajów, gitarowe lub pianinowe koncerty, pieśni, opowieści, historie życia - i odpowiednia atmosfera zaufania, by chcieć się nimi dzielić
- hospitaleros-wolontariusze, pracujący z chęcią i radością, bez żadnego zysku, po prostu z przyjemnością i oddaniem dla pielgrzymów...

Jak zostać hospitalero w Grañón?
Ano właśnie poprzez hiszpańską federację przyjaciół Camino i ich organizację HOSPITALEROS VOLUNTARIOS. Należy wysłać na maila swoje zgłoszenie, otrzyma się formularz zwrotny do wypełnienia danymi o sobie i swoimi motywami do zostania hospitalero. Warunkiem jest przejście samemu Camino, aby znać rzeczywistość pielgrzymią i uczestnictwo w trzydniowym kursie, ale skrycie się przyznam, że ten ostatni punkt mi umknął - nie mogłam uczestniczyć w kursie ze względu na oczywistą odległość i nie stanowiło to przeszkody. Hospitaleros Voluntarios wysyłają wolontariuszy w różne miejsca na Camino i jeśli napiszemy, że chcemy dostać się do tego i tego konkretnego schroniska, niekoniecznie zostaniemy tam wysłani, a raczej wyślą nas tam gdzie akurat będzie potrzeba. Ja o nic nie prosiłam i trafiło mi się największe szczęście - wysłano mnie właśnie do Grañón! :-) Pewnie dobrze znać hiszpański - do porozumienia z pielgrzymami najbardziej przydatny jest angielski, ale większość hospitaleros to Hiszpanie (choć są też Włosi, Francuzi, Niemcy, Kanadyjczycy...), ale wydaje mi się, że jeśli się bardzo chce to tak naprawdę nic nie stoi na przeszkodzie i najważniejsze są chęci - wystarczy napisać maila, bo federacja bardzo potrzebuje nowych wolontariuszy, szczególnie młodych!!! Zachęcam :)

I na koniec kilka zdjęć z mojego pobytu w Grañón:

Schronisko dla pielgrzymów w Grañón



księga pielgrzymów

widok z kościelnej wieży (podczas wieszania prania:))


pyszna paella na kolację ;)


niecodzienny pielgrzym :)

leniwe popołudnia

pierwsi Polacy jakich powitałam - co za radość!:)

sesja u piekarzy :)

w lokalnym sklepie

uliczny taniec - wszystko za... pieczone kurczaki :)

najmniejszy pielgrzym :)



jeden z wesołych wieczorów


przyspieszony kurs na hospitalerę ;)

wspólne gotowanie - sami mężczyźni w kuchni ;)




zwiedzanie okolic



polska szarlotka

ksiądz Jesús, Agotz, ja, Pablo, Javier




sobota, 23 lipca 2011

Hospitalera w Grañón!

I znów Camino! Tylko tym razem będę tam w nieco innej funkcji - jako hospitalera w opisywanym przeze mnie we wspaniałych wspomnieniach Grañón! Czyli czas się odwdzięczyć za otrzymane rok temu w Drodze dobro i będę teraz "z drugiej strony" pielgrzymowania - hospitalero jest osobą, która przyjmuje w schronisku wędrowców Drogą św. Jakuba, opiekuje się nimi, dba o przybyłych i o samo miejsce. W Grañón, gdzie atmosfera jest niesamowita, ciepła, gościnna i pełna miłości, dodatkowo przyrządza się wspólną kolację wraz z pielgrzymami z całego świata i prowadzi wspólną modlitwę. W tej małej, położonej wśród słoneczników wiosce na granicy regionów La Rioja i Castilla y León spędzę piętnaście dni w pierwszej połowie sierpnia, służąc jak mogę strudzonym wędrowcom. Stamtąd udaję się na Światowe Dni Młodzieży do Madrytu.
Czas na kolejną hiszpańską przygodę!

czwartek, 3 lutego 2011

Śmiech, radość i wieczny pielgrzym

24.08.2010
Opuszczałam Grañón pełna entuzjazmu, wewnętrznej radości i nadziei, w przeczuciu wspaniałych dni, jakie jeszcze są przede mną. Szłam przez pola, oglądając się na miasteczko, które zostawiałam za sobą, a które dostarczyło mi tyle szczęścia. Zza chmur oświetlone było pomarańczowym blaskiem wschodzącego słońca. Szłam sama i... śpiewałam na głos! Czy to nie oznaka przemiany? Jeszcze dwa dni temu na pytanie Simona odpowiedziałam, że nie, nie podśpiewuję sobie nigdy kiedy idę samotnie. W takim nastroju minęłam tablicę informacyjną, z której dowiedziałam się, że właśnie opuszczam region La Rioja i wkraczam do nowego. Rysował się przede mną cały przebieg Camino przez region Castilla y León. Na drodze pojawiła się jakaś wioska, potem druga. Zaczęło nieco padać, więc wyjęłam moją pelerynę. W chłodzie szło się lżej i całkiem przyjemnie. Zatrzymałam się na odpoczynek w miejscu, gdzie narodził się i został ochrzczony św. Dominik (ten od Santo Domingo de la Calzada). Tablica informowała o życiu tego świętego, który poświęcił je całe na pomoc pielgrzymom i budowę dróg, mostów i udogodnień na trasie Camino.

Wstałam i ruszyłam w dalszą drogę i... spotkałam Marcosa. Kojarzyłam tego niezwykłego (blondwłosego i błękitnookiego) Hiszpana z wczorajszego wieczoru w Grañón, toteż uśmiechnęliśmy się do siebie i spróbowaliśmy się porozumieć. Niestety, nie zna angielskiego, a ja w hiszpańskim czułam się wtedy jeszcze dość niepewnie. Mimo to wysiliłam się jak tylko mogłam i nawiązała się nić komunikacji, a w następnej chwili zobaczyliśmy siedzącą obok i odpoczywającą... Robertę! Włoszka i Hiszpan wybuchnęli na swój widok głośnym śmiechem i okazało się, że poznali się już dzień przedtem, w jakichś zabawnych okolicznościach (Roberta ze śmiechem pytała Marcosa czy znów się zgubił?! Jak się potem okazało, miał do tego znaczne tendencje;). Reszta tego dnia upłynęła błyskawicznie, wśród głośnego śmiechu i radości. Szło nam się wspaniale, śpiewaliśmy przeróżne piosenki, udawaliśmy orkiestrę, gadając jakąś dziwną mieszaniną włosko-hiszpańskiego z domieszką angielskiego, a jednak rozumiejąc się fantastycznie i bawiąc się znakomicie. Miałam zatrzymać się tego dnia w Tosantos, ale dotarliśmy tam zbyt prędko i postanowiliśmy ruszyć dalej - do Villafranca Montes de Oca. Przed udaniem się do albergue zjedliśmy jeszcze obiad w barze, bo po dotarciu do miasta byliśmy głodni i wykończeni, ale bardzo rozradowani. 

To cudowne - zobaczyć piękno w tych zmęczonych, spoconych, brudnych, ale wolnych i szczęśliwych ludziach. Każda z osób, jakie poznaję na Camino jest inna, każda ciekawa, każda ma własną historię, każda piękna jakimś wewnętrznym światłem swojej osobowości, choć każda innej narodowości, wszystkie tak różne od siebie.

Włosi też zatrzymali się w Villafranca, więc na kolację poszliśmy na menu peregrino do luksusowego hotelu, wszyscy razem - oni, ja, Roberta i Marcos, sympatyczne starsze małżeństwo Niemców i jeszcze kilkoro innych pielgrzymów, a także najbardziej interesująca osobistość - starszy, wesoły mężczyzna zwany José Antonio García Peregrino. Opowiedział nam swoją niezwykłą historię - w drodze był od bodajże ośmiu lat.  Pochodzi z Kadyksu. Niegdyś był marynarzem i statek, na którym służył, uległ katastrofie i zatonął. Prawie wszyscy jego towarzysze zginęli, a on modlił się o ocalenie do Maryi, obiecując jej, że jeśli przeżyje, odwiedzi wszystkie sanktuaria na świecie, jakie zdoła. Udało się. Od tamtej pory zwiedził pół świata - był  nawet w Bangladeszu, w Ameryce Południowej, w naszej Częstochowie. Po Camino został mu jeszcze Rzym. José pokazał wycinki z gazet na swój temat, liczne wywiady. Jego historię można odnaleźć na stronach internetowych. Dla takich spotkań jak to i wysłuchania takich historii, warto iść Szlakiem św. Jakuba. W jakiś czas po powrocie przeczytałam na forum, że wiele osób spotykało José Peregrino w różnych miejscach na trasie i... w różnym czasie. Wiele osób twierdzi, że jest oszustem, który żyje z wędrowania po Camino i opowiadania swojej historii - by inni pielgrzymi, tak jak my, poruszeni, zapraszali go na kolację czy płacili za noclegi. Nie wiem, nie dane mi jest to osądzać, jednak ja wierzę, że jego historia jest autentyczna. Wywarł na mnie ogromne wrażenie i wierzę, że mówił prawdę. Po cudownym wieczorze przy wyśmienitej kolacji wracaliśmy z Marcosem do albergue. Na niebie świecił ogromny, piękny księżyc w pełni.

Dodatek praktyczny: Praktycznie w każdej miejscowości po drodze dostać można tzw. "menu peregrino" - menu pielgrzyma. Zwykle kosztuje ok. 8-10 euro, ale opłaca się bardziej niż zamówienie innego  pojedynczego posiłku, bo zazwyczaj jest o wiele tańsze, a składa się z pierwszego dania, potem drugiego, a potem jeszcze deseru, do tego podają pieczywo i zwykle w cenie jest jeszcze wino lub woda. Można wybierać z kilku propozycji, na pierwsze danie może to być na przykład ensalada mixta (świeża sałata z pomidorami, tuńczykiem, oliwkami i wszelkimi innymi pysznościami), pasta (makaron), fabada (tłusta zupa z fasolą i mięsem, coś w stylu fasolki po bretońsku), czy też paella (typowe hiszpańskie danie z ryżu, zwykle z owocami morza). Drugie danie zwykle zawiera jakieś mięso bądź rybę i np. frytki, natomiast na deser można dostać lody, słynny hiszpański budyń flan lub powiedzmy ryż na mleku (arroz con leche). W Galicji słynny jest pyszny, słodki, migdałowy placek zwany Tarta de Santiago. 

przebieg Camino przez region Kastylia-León

rzut okiem wstecz na słońce wschodzące nad gościnnym Grañón

patriotyczny symbol - Santiago jako Matamoros ("Zabijający Maurów")





sympatyczne miasteczko, w którym zatrzymaliśmy się na drugie śniadanie

pustelnia

ta budowla zdaje się pamięta Wizygotów

Marcos, Roberta i ja - przyjaźń, trwająca do dziś

wykwintna kolacja w międzynarodowym gronie pielgrzymów

środa, 12 stycznia 2011

Bezcelowość planowania i galeria osobowości

 21.08.2010
Jedno jest pewne - planować nic na Camino nie warto. Nawet jeśli mamy takie skłonności by wszystko mieć dobrze przemyślane, zaplanowane i dopięte na ostatni guzik, Droga sprawi, że szybko się ich wyzbędziemy. Jest to jeden z elementów wędrówki, który uczy nas jak żyć. Czy nie raz zdarzyło się, że długo coś planowałeś, marzyłeś, myślałeś i... musiałeś przełykać gorzkie łzy rozczarowania? Lepiej zdać się na los  i nie planować- "najlepsze rzeczy przydarzają się nam, kiedy najmniej się ich spodziewamy". Nic nie oczekiwać, niczego nie planować, wszystko co przyjdzie przyjmować z radością - tego właśnie uczy Camino. Mnie pierwszą lekcję dało jeszcze w domu przed wyjazdem, bo nieco inaczej miała ta wyprawa wyglądać. A potem były kolejne lekcje - na trasie wszystko jest nieprzewidywalne. Można zaplanować sobie idealny etap dnia, nastawić się na nocleg w wybranym skrupulatnie z przewodnikiem w ręce miejscu... a potem być zmuszonym iść jeszcze kilka kilometrów. Bo nie ma miejsc. Albo schroniska już nie ma, wcale. Takie i inne niespodzianki się zdarzają i uczą otwartości i cierpliwości.

Zmęczona wczorajszą drogą do Viany, postanowiłam zrobić sobie dziś etap wypoczynkowy, ok. 22 km. Być może udałoby mi się to, gdybym nie spotkała Simona.
Trafiłam na niego od razu po wyjściu z albergue, dosłownie tuż za bramą na ulicy prowadzącej ku wyjściu z miasta, jeszcze po ciemku. Szedł z centrum, od strony innego schroniska i cóż, spojrzeliśmy na siebie i po prostu zaczęliśmy gadać.
Galeria postaci, osobowości i charakterów, jakie można spotkać na Camino jest niezmierzona. Simon był jednym z najbardziej ekscentrycznych i dziwacznych ludzi, których spotkałam, ale i jednym z najciekawszych. Anglik (choć użalający się na swój kanadyjski akcent), łamie jednak stereotyp małomównego i zamkniętego w sobie mieszkańca Wysp. Mimo wieku 50 lat, czuje się bardzo młodzieżowo - i wygląda też dość specyficznie. Oprócz plecaka, na ramieniu niósł różową torbę w świnki, a przed słońcem chronił się pod czarną parasolką. Wędrówka upływająca na rozmowie, mijała błyskawicznie.
Razem dotarliśmy do Logroño - stolicy słynącej z wyśmienitego wina prowincji La Rioja, której granicę niedawno przekroczyliśmy, zostawiając za sobą Navarrę. Niedaleko przed wejściem do miasta napotkamy niepozorny stolik, gdzie można zakupić wodę, owoce, pamiątki, dostać sello (pieczątkę). Jest to miejsce  już słynne na szlaku, "założone" przez doñę Felisę, której dom znajduje się przy Camino. Zrobiła ona sobie własną pieczątkę i rozpoczęła stemplować credenciale. Doña Felisa niedawno zmarła, a "interes" przejęła jej córka. Drugie tego typu interesujące miejsce czeka nas w parku za miastem - namiot i stolik długobrodego starca o imieniu Marcelino. Przeszłam obok niego obojętnie, a wymieniając potem wrażenia z pewną Włoszką, dowiedziałam się, że to wspaniały człowiek, który pomagał oznakować Szlak i ofiarowywał każdemu pielgrzymowi wystrugany kij, muszlę i tykwę - pielgrzymie atrybuty. Włoszka z kolei jednak nie zatrzymała się przy stoliku doñi Felisy, co skłoniło nas do refleksji, że każdy z nas idzie tą samą trasą, odbywa to samo Camino, a jednak droga każdego z nas jest inna, każdy przeżywa je inaczej i wszystko to, co nas spotka, zależy często od tego w którym miejscu się zatrzymamy, czy na jakich ludzi trafimy. Camino dwóch osób może być diametralnie różne, choć oboje będą szli na pozór tą samą trasą.
W Logroño zgubiłam Simona, a raczej grzecznie pożegnał się i postanowił przyspieszyć, zostawiając mnie z (jak się okazało, tylko 5 dni ode mnie starszą) Litwinką, do której przyłączyliśmy się u wejścia do miasta. Prędko okazało się, że nie jest to osoba, z którą mogłabym się zaprzyjaźnić tak jak z Miyae. Od razu zaczęła narzekać, że nie podoba jej się, że w schroniskach jest tak wielu ludzi, że musi z nimi rozmawiać i że nie lubi, gdy pyta się ją o motywy podjęcia przez nią wędrówki. Gdy Simon poszedł przodem, ona została z tyłu, a ja znów kontynuowałam marsz samotnie.
Dzień był przepiękny. Słońce grzało, a ja znalazłam się w wielkim parku na obrzeżach miasta. Była sobota, więc pełen był on Hiszpanów, spędzających swój wolny czas uprawiając sporty, bądź wypoczywając. Drzewa otaczały jezioro, wszystko było doskonale oznakowane żółtymi strzałkami, nie sposób się zgubić. Pięknie, ale... nudno. Zbyt cywilizowanie. Szłam i szłam, tęskniąc za momentem aż znowu znajdę się poza miastem, wolna wśród hiszpańskich krajobrazów. Ku mojemu zdziwieniu, nagle ujrzałam na ławce Simona. Ucieszył się na mój widok i oznajmił, że czekał tu na mnie, bo bardzo dobrze mu się ze mną gadało. Ze zdziwieniem zauważył, że z młodej Litwinki, choć była na pozór miła, emanowała jakaś negatywna energia, zaś ze mnie - choć jesteśmy w tym samym wieku, takie podobne - pozytywna. Znów wpadliśmy więc w dobry rytm i prędko dotarliśmy do Navarrete, gdzie planowałam zatrzymać się na noc. Podczas postoju Simon zaczął mnie jednak usilnie namawiać, żebym poszła jeszcze kilka kilometrów dalej. Dzień był uroczy,  godzina wczesna bo dopiero dochodziło południe, a kolejne albergue - w oddalonej o 7 km Ventosa - polecane w przewodniku. Zmieniłam więc moje plany i poszliśmy dalej.
Z początku szło się szybko i przyjemnie, znów znaleźliśmy się wśród przyrody - typowo riojańskiej, bo wśród szeroko się ciągnących krzaków winogron. Okazało się, że Simon jest poetą, pracuje w teatrze i podczas postoju w samym środku pola winnicy, rozpoczął prezentować mi swoje wiersze, recytując je w sposób niezwykle ekspresyjny. Nakręciłam jego przedstawienie, bardzo rozbawiona, bo miałam już nagrany niezły materiał na film o artystycznych duszach Camino, i poszliśmy dalej, zagadani, śpiewając na zmianę piosenki (wiecie jak zabawnie brzmi "Rota" w rozgrzanym jak piec pustkowiu wśród krzaków winogron gdzieś w Hiszpanii?). 
Mniej zabawnie zrobiło się, gdy nagle zorientowaliśmy się, że dość dawno nie widzieliśmy nigdzie żadnej żółtej strzałki. Szliśmy w stronę widocznego w dali miasteczka, tylko że na kilometr przed nim okazało się, że... ma jakąś inną nazwę niż to, do którego zmierzaliśmy. Nasze zgubienie się przypadło na najgorętsze godziny dnia, ani odrobiny cienia. Dotarliśmy do szosy, zatrzymaliśmy przejeżdżający samochód - Simon poleciał z przewodnikiem w ręku do kierowcy, sympatycznego długowłosego Hiszpana, który jednak niezbyt umiał nam pomóc. Nie było innej rady - trzeba było zawrócić. Po jakimś czasie zagadka się wyjaśniła - żółte strzałki odnalazły się, zobaczyliśmy, że szlak odbija na prawo - słupek z muszlą ukryty był wśród zarośli, zagadani, musieliśmy go przegapić. Za karę nadrobiliśmy parę kilometrów, a reszta drogi do Ventosy była żmudna i mordercza. Choć ledwo trzymałam się na nogach ze zmęczenia, udało mi się jeszcze docenić urok zielonych wzgórz, dominujących w krajobrazie wokół Ventosy i stary kościół.
Do albergue wczołgaliśmy się ledwo żywi, a było to najcudowniejsze miejsce, jakie można sobie wyobrazić - przywitano nas szklanką zimnej wody! Atmosfera była gościnna, poza tym było naprawdę śliczne. Na kolację zjadłam zupkę knorra i bagietkę z uwaga... małżami, mejillones. Odświeżeni, poszliśmy wypoczywać wśród zieleni ogródka, gdzie poznaliśmy wesołą Włoszkę Robertę. Znajomość z nią przerodzi się w jedną z najważniejszych przyjaźni, jakie przywiozłam z Camino.

C.D.N.
codzienny cud słońca ;)

Logroño - stolica regionu La Rioja

zdawać by się mogło, że zgubić się nie sposób... a jednak

przepych katedr

cel - wciąż tak bardzo odległy

niedziela, 10 października 2010

Pierwszy krok

Pierwszy krok postawiony na Camino jest przyzwoleniem na to, by odtąd - przez najbliższe tygodnie - prowadziła cię Droga. Od tej pory czeka cię wędrówka przez góry, pola, wioski, miasta i miasteczka, wśród winnic i wzgórz, aż po ocean na Końcu Świata. Celem pielgrzymowania jest grób św. Jakuba, ale też sama Droga jest celem, a w jej trakcie doświadczysz też niezwykłej wędrówki - w głąb siebie...

Dopiero nad ranem, jeszcze w ciemnościach, gdy znalazłam się z plecakiem na malutkim francuskim dworcu, czekając na lokalny pociąg odjeżdżający do urokliwego, schowanego gdzieś wśród Pirenejów o krok od granicy hiszpańskiej miasteczka Saint Jean Pied de Port, dotarło do mnie, że naprawdę to robię. Wyruszam na Camino de Santiago! Odważyłam się! Zupełnie sama! Dopiero gdy dotarło to do mojej świadomości, miejsce lęku przed nieznanym zajęło radosne przeczucie przygody.
Wiele razy później na Szlaku będzie mi też towarzyszyć irracjonalne poczucie szczęścia, niespowodowane niczym konkretnym poza samą świadomością tkwienia w samym środku spełniającego się marzenia.

Camino de Santiago – Droga św. Jakuba, to najstarszy w Europie pieszy szlak pielgrzymkowy. Nie jest nim jedna droga – szlaków jest wiele, ich sieć oplata cały kontynent, najwięcej punktów wyjścia prowadzi oczywiście z Hiszpanii, ale wg tradycji należy wyruszyć od progu własnego domu. Liczy się to, że wszystkie drogi prowadzą do jednego celu – do grobu św. Jakuba Starszego, Apostoła, jednego z Dwunastu umiłowanych uczniów Jezusa Chrystusa. Niosąc Dobrą Nowinę, dotarł On do najdalszych zakątków znanego podówczas świata – aż do wybrzeży hiszpańskiej Galicji, za którą rozciągał się już tylko niezmierzony Ocean. Po powrocie do Jerozolimy, Jakub jako pierwszy z apostołów poniósł męczeńską śmierć z rąk Heroda Agryppy. Jego uczniowie pożeglowali wraz z ciałem swego mistrza do ziem, gdzie chciał zostać pochowany, gdzie tak długo nauczał – do Galicji. Niestety sarkofag z ciałem świętego zaginął na długie, mroczne, niespokojne dla Hiszpanii lata wojen z Maurami. Odnalazł go dopiero w VIII w. pustelnik Pelayo, prowadzony deszczem spadających gwiazd. W tym miejscu powstało miasto Santiago de Compostela – Santiago de Campus Stellae, Święty Jakub z Pola Gwiazd, szybko stając się celem pielgrzymek średniowiecznych pątników, najbardziej popularnym po Rzymie i Jerozolimie.

Po latach zapomnienia, Szlak ponownie przeżywa swój rozkwit. Spośród wielu dróg do grobu Apostoła, ja wybrałam ten najbardziej tradycyjny, najpopularniejszy – Camino Francés.
I tak oto, 14 sierpnia, zrobiłam to o czym tyle wcześniej czytałam w książkach i relacjach innych – wysiadłam na maleńkiej stacyjce w średniowiecznym, baskijskim miasteczku, w biurze pielgrzyma odebrałam mój własny Credencial del Peregrino – paszport pielgrzyma, i przekroczywszy malowniczy most na rzece, rozpoczęłam moją wędrówkę.

Tu właśnie rozpoczyna się wspomnienie przepięknej przygody, cudownej wędrówki przez krajobrazy północnej Hiszpanii, niesamowitych spotkań z ludźmi, ze sobą i z Bogiem. Ciężko powiedzieć, co w tej podróży jest najwspanialsze. Z jednej strony walory krajoznawcze i kulturoznawcze – takiej Hiszpanii nie zobaczy się na dwutygodniowych wczasach w luksusowym hotelu. Idąc powoli przez cztery regiony i różne prowincje kraju, poznaje się go i jego mieszkańców od zupełnie innej strony, w ich zwyczajnej codzienności. Na początku – Navarra. Od Francji dzieli ją tylko niewielki kamienny słupek, informujący, że już jesteśmy w Hiszpanii.

Navarra zdobyła moje serce pięknem i surowością górskich krajobrazów, maleńkimi, ale niezwykle zadbanymi wioskami z kamienia, o kolorowych okiennicach i balustradach balkoników przystrojonymi morzem kwiatów, baskijskimi akcentami i wmurowanymi w ściany domów kamiennymi herbami starych rodów. Zaczarowała mnie Pampeluna, w której mogłabym zostać całe życie – z jej wąskimi uliczkami, kamieniczkami oszałamiającymi przeróżnymi kolorami, tradycją słynnych gonitw byków, upamiętnioną pomnikiem. Historię wieków pielgrzymowania poczułam przechodząc bardzo starym mostem w Puente la Reina. Zachłysnęłam się zachwytem wśród złotawych kamiennych murów Viany. We wszystkich wioskach po drodze podziwiałam bardzo piękne, stare kościoły, których wieżę widać było już z daleka, wystającą ponad dachami domków.

Następna była La Rioja – ten region z kolei prowadzi pielgrzyma przez niezliczone pola winnic, wśród kiści soczystych winogron, suchymi wzgórzami, w palących promieniach hiszpańskiego słońca. Stolicą regionu jest Logroño – i znów historyczne mosty, kościoły... Ogromne wrażenie robi też przepiękna katedra w Santo Domingo de la Calzada, gdzie wśród wzniosłej muzyki usłyszeć można też... pianie koguta! Istotnie, żywy biały okaz tego ptaka wraz z kurą-małżonką zamieszkuje ozdobną klatkę we wnętrzu świątyni. W niewielkiej odległości od miasta strudzonych pielgrzymów wita inna mieścinka – Grañón, godne wspomnienia ze względu na przecudowną atmosferę, w jakiej witani są pątnicy w tamtejszym albergue – schronisku.

Niedługo za Grañón przekraczamy granice kolejnego hiszpańskiego regionu – Castilla y León. Przez ten teren idziemy najdłużej, ale też napotykamy mnóstwo atrakcji, jak choćby Atapuerca, ciekawa ze względu na archeologiczne wykopaliska, które pozwoliły na odnalezienie w tym zakątku najstarszego przodka człowieka! Dalej nie sposób pominąć Burgos – dawnej stolicy królów. Obecna tu katedra jest najpiękniejszą, jaką zdarzyło mi się w życiu widzieć (i piszę to z całą świadomością, że dane mi było już zobaczyć słynną paryską Notre-Dame, a nawet samą Bazylikę św. Piotra). Poza tym miasto sławi też pamięć Cyda – to o nim traktuje najstarszy hiszpański epos średniowieczny, zabytek hiszpańskiej literatury. Za Burgos rozpoczyna się Meseta – ogromny płaskowyż. Wokół rozciągają się bezkresne pola, nad głową ogromny błękit nieba, gdzieniegdzie trafia się na spaloną słońcem wioskę. Tak jest aż do León, kolejnego dużego, zachwycającego miasta z dużą ilością zabytków – od katedry ozdobionej przepięknymi witrażami, po ciekawy architektonicznie pałacyk autorstwa Gaudiego. Ale to nie koniec zwiedzania, bo w tym regionie czeka na nas jeszcze Astorga, stolica czekolady, z ciekawymi muzeami, katedrą i kolejnym dziełem Gaudiego – bajkowym pałacem biskupim, a już po wejściu w góry odnajdziemy Ponferradę z zamkiem templariuszy i... jeśli ma się takie szczęście jak ja – z najprawdziwszą, gorącą, hiszpańską fiestą!

Idąc przez malownicze góry wkroczymy do Galicji – tak, to w tych krańcach ziemi nauczał Santiago! Przed nami kraina wilgotnych lasów i wzgórz, soczystej zieleni, ubogich wiejskich terenów, nieco dzika, zamieszkana przez ludzi nieco zamkniętych, traktujących przybyszów z rezerwą ludu, który pragnie autonomii i nie do końca chce być utożsamiany z resztą Hiszpanów. Tu czeka na nas upragniony cel wędrówki – Santiago de Compostela, z katedrą, której widok po setkach kilometrów wędrowania, jest najbardziej wzruszającym momentem, jaki można sobie wyobrazić. Szczęśliwi, składamy u grobu Apostoła przyniesione intencje, zmartwienia, problemy, uczucia, radości, podziękowania, losy naszych rodzin i przyjaciół, emocje, nasze całe życie...
A potem wybieramy się dalej, w męczącą wędrówkę ku Końcowi Ziemi, wyniosłemu Cabo Finisterre. Cudowny widok oceanu na Costa da Morte – Wybrzeżu Śmierci, jest wystarczającą nagrodą za wszystkie trudy pielgrzymki. Oglądając zachód słońca na przylądku nad Atlantykiem, z twarzą skierowaną ku Nowemu Światu, zdajemy sobie sprawę, że jest to koniec naszej wędrówki, ale i początek nowego życia.
Możemy jeszcze kontynuować pielgrzymowanie do sanktuarium maryjnego Nostra Señora da Barca w Muxía, co również gorąco polecam.

To jeden aspekt pielgrzymki. Teraz druga strona – duchowa. Wędrując, każdego dnia, krok za krokiem, zmieniamy się, dojrzewamy. Nie wrócimy już tacy sami. Idąc samotnie, mamy czas na przemyślenia, na zastanowienie się nad swoim życiem, na ogarnięcie myślami naszej przeszłości, teraźniejszości i przyszłości. Przełamujemy nasze słabości, pokonujemy ograniczenia. Ale też poznajemy ludzi, uczymy się od nich, rozmawiając z nimi. Wysłuchujemy wspaniałych historii, spotykamy ludzi, którzy mając po 50-60 lat mówią, że pielgrzymują na Camino, ponieważ chcą zmienić coś w swoim życiu, bo chcą drugą jego część przeżyć inaczej, pełniej, głębiej, lepiej. Bo żałują zmarnowanego czasu. Pielgrzymka jest jak oczyszczenie umysłu i duszy, katharsis. Wystarczy tylko spytać kogoś: „Dlaczego idziesz?”, by od dopiero co poznanej osoby usłyszeć najgłębsze sekrety jej życia. Camino to życie w pigułce. Jednego dnia się śmiejesz, drugiego płaczesz, czasem jesteś samotna, czasem spotykasz ludzi – z jednymi idziesz dłużej, zaprzyjaźniasz się, z innymi tylko pozdrawiasz, nieodłączną częścią Drogi są pełne łez pożegnania. Każde doświadczenie jest cenne i niepowtarzalne, ubogaca Cię. Zdarzy Ci się też spotkać złego człowieka, ale to upewnia Cię jedynie w przekonaniu, że na jednego złego człowieka przypada na Camino setka cudownych, pięknych i dobrych ludzi. Tak samo jest w życiu, to podnosi na duchu, prawda? Uczysz się dostrzegać w bliźnich prawdziwe piękno, dostrzegasz duszę pod warstwą zmęczenia i brudu. Stajesz się bardziej ludzki. Wyruszasz na Szlak z pewnymi pytaniami, na które oczekujesz odpowiedzi. Czasem ją dostaniesz, a czasem dostaniesz odpowiedź na pytanie, którego wcale nie zadałeś. Zazwyczaj, niezależnie od wariantu, będzie to odpowiedź dla Ciebie zaskakująca.
Spotykasz Boga. Wystarczy się otworzyć – widzisz go w przepięknej przyrodzie, w drugim człowieku, w dobroci innych, rozpoznajesz jego głos w sobie, bo ulegasz przemianie, pozbywasz się egoizmu, uprzedzeń, On działa w Tobie, nawet jeśli tego nie oczekujesz bądź nie chcesz.
Obcowanie z historią, tradycją, kulturą, naturą, drugim człowiekiem, Bogiem...
Tym wszystkim jest Camino de Santiago, Droga, która jest celem sama w sobie. A także czymś o wiele, wiele więcej. Doprawdy, łatwiej byłoby powiedzieć czym ona nie jest!