Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Castilla y León. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Castilla y León. Pokaż wszystkie posty

sobota, 23 lipca 2011

Hospitalera w Grañón!

I znów Camino! Tylko tym razem będę tam w nieco innej funkcji - jako hospitalera w opisywanym przeze mnie we wspaniałych wspomnieniach Grañón! Czyli czas się odwdzięczyć za otrzymane rok temu w Drodze dobro i będę teraz "z drugiej strony" pielgrzymowania - hospitalero jest osobą, która przyjmuje w schronisku wędrowców Drogą św. Jakuba, opiekuje się nimi, dba o przybyłych i o samo miejsce. W Grañón, gdzie atmosfera jest niesamowita, ciepła, gościnna i pełna miłości, dodatkowo przyrządza się wspólną kolację wraz z pielgrzymami z całego świata i prowadzi wspólną modlitwę. W tej małej, położonej wśród słoneczników wiosce na granicy regionów La Rioja i Castilla y León spędzę piętnaście dni w pierwszej połowie sierpnia, służąc jak mogę strudzonym wędrowcom. Stamtąd udaję się na Światowe Dni Młodzieży do Madrytu.
Czas na kolejną hiszpańską przygodę!

czwartek, 3 lutego 2011

Śmiech, radość i wieczny pielgrzym

24.08.2010
Opuszczałam Grañón pełna entuzjazmu, wewnętrznej radości i nadziei, w przeczuciu wspaniałych dni, jakie jeszcze są przede mną. Szłam przez pola, oglądając się na miasteczko, które zostawiałam za sobą, a które dostarczyło mi tyle szczęścia. Zza chmur oświetlone było pomarańczowym blaskiem wschodzącego słońca. Szłam sama i... śpiewałam na głos! Czy to nie oznaka przemiany? Jeszcze dwa dni temu na pytanie Simona odpowiedziałam, że nie, nie podśpiewuję sobie nigdy kiedy idę samotnie. W takim nastroju minęłam tablicę informacyjną, z której dowiedziałam się, że właśnie opuszczam region La Rioja i wkraczam do nowego. Rysował się przede mną cały przebieg Camino przez region Castilla y León. Na drodze pojawiła się jakaś wioska, potem druga. Zaczęło nieco padać, więc wyjęłam moją pelerynę. W chłodzie szło się lżej i całkiem przyjemnie. Zatrzymałam się na odpoczynek w miejscu, gdzie narodził się i został ochrzczony św. Dominik (ten od Santo Domingo de la Calzada). Tablica informowała o życiu tego świętego, który poświęcił je całe na pomoc pielgrzymom i budowę dróg, mostów i udogodnień na trasie Camino.

Wstałam i ruszyłam w dalszą drogę i... spotkałam Marcosa. Kojarzyłam tego niezwykłego (blondwłosego i błękitnookiego) Hiszpana z wczorajszego wieczoru w Grañón, toteż uśmiechnęliśmy się do siebie i spróbowaliśmy się porozumieć. Niestety, nie zna angielskiego, a ja w hiszpańskim czułam się wtedy jeszcze dość niepewnie. Mimo to wysiliłam się jak tylko mogłam i nawiązała się nić komunikacji, a w następnej chwili zobaczyliśmy siedzącą obok i odpoczywającą... Robertę! Włoszka i Hiszpan wybuchnęli na swój widok głośnym śmiechem i okazało się, że poznali się już dzień przedtem, w jakichś zabawnych okolicznościach (Roberta ze śmiechem pytała Marcosa czy znów się zgubił?! Jak się potem okazało, miał do tego znaczne tendencje;). Reszta tego dnia upłynęła błyskawicznie, wśród głośnego śmiechu i radości. Szło nam się wspaniale, śpiewaliśmy przeróżne piosenki, udawaliśmy orkiestrę, gadając jakąś dziwną mieszaniną włosko-hiszpańskiego z domieszką angielskiego, a jednak rozumiejąc się fantastycznie i bawiąc się znakomicie. Miałam zatrzymać się tego dnia w Tosantos, ale dotarliśmy tam zbyt prędko i postanowiliśmy ruszyć dalej - do Villafranca Montes de Oca. Przed udaniem się do albergue zjedliśmy jeszcze obiad w barze, bo po dotarciu do miasta byliśmy głodni i wykończeni, ale bardzo rozradowani. 

To cudowne - zobaczyć piękno w tych zmęczonych, spoconych, brudnych, ale wolnych i szczęśliwych ludziach. Każda z osób, jakie poznaję na Camino jest inna, każda ciekawa, każda ma własną historię, każda piękna jakimś wewnętrznym światłem swojej osobowości, choć każda innej narodowości, wszystkie tak różne od siebie.

Włosi też zatrzymali się w Villafranca, więc na kolację poszliśmy na menu peregrino do luksusowego hotelu, wszyscy razem - oni, ja, Roberta i Marcos, sympatyczne starsze małżeństwo Niemców i jeszcze kilkoro innych pielgrzymów, a także najbardziej interesująca osobistość - starszy, wesoły mężczyzna zwany José Antonio García Peregrino. Opowiedział nam swoją niezwykłą historię - w drodze był od bodajże ośmiu lat.  Pochodzi z Kadyksu. Niegdyś był marynarzem i statek, na którym służył, uległ katastrofie i zatonął. Prawie wszyscy jego towarzysze zginęli, a on modlił się o ocalenie do Maryi, obiecując jej, że jeśli przeżyje, odwiedzi wszystkie sanktuaria na świecie, jakie zdoła. Udało się. Od tamtej pory zwiedził pół świata - był  nawet w Bangladeszu, w Ameryce Południowej, w naszej Częstochowie. Po Camino został mu jeszcze Rzym. José pokazał wycinki z gazet na swój temat, liczne wywiady. Jego historię można odnaleźć na stronach internetowych. Dla takich spotkań jak to i wysłuchania takich historii, warto iść Szlakiem św. Jakuba. W jakiś czas po powrocie przeczytałam na forum, że wiele osób spotykało José Peregrino w różnych miejscach na trasie i... w różnym czasie. Wiele osób twierdzi, że jest oszustem, który żyje z wędrowania po Camino i opowiadania swojej historii - by inni pielgrzymi, tak jak my, poruszeni, zapraszali go na kolację czy płacili za noclegi. Nie wiem, nie dane mi jest to osądzać, jednak ja wierzę, że jego historia jest autentyczna. Wywarł na mnie ogromne wrażenie i wierzę, że mówił prawdę. Po cudownym wieczorze przy wyśmienitej kolacji wracaliśmy z Marcosem do albergue. Na niebie świecił ogromny, piękny księżyc w pełni.

Dodatek praktyczny: Praktycznie w każdej miejscowości po drodze dostać można tzw. "menu peregrino" - menu pielgrzyma. Zwykle kosztuje ok. 8-10 euro, ale opłaca się bardziej niż zamówienie innego  pojedynczego posiłku, bo zazwyczaj jest o wiele tańsze, a składa się z pierwszego dania, potem drugiego, a potem jeszcze deseru, do tego podają pieczywo i zwykle w cenie jest jeszcze wino lub woda. Można wybierać z kilku propozycji, na pierwsze danie może to być na przykład ensalada mixta (świeża sałata z pomidorami, tuńczykiem, oliwkami i wszelkimi innymi pysznościami), pasta (makaron), fabada (tłusta zupa z fasolą i mięsem, coś w stylu fasolki po bretońsku), czy też paella (typowe hiszpańskie danie z ryżu, zwykle z owocami morza). Drugie danie zwykle zawiera jakieś mięso bądź rybę i np. frytki, natomiast na deser można dostać lody, słynny hiszpański budyń flan lub powiedzmy ryż na mleku (arroz con leche). W Galicji słynny jest pyszny, słodki, migdałowy placek zwany Tarta de Santiago. 

przebieg Camino przez region Kastylia-León

rzut okiem wstecz na słońce wschodzące nad gościnnym Grañón

patriotyczny symbol - Santiago jako Matamoros ("Zabijający Maurów")





sympatyczne miasteczko, w którym zatrzymaliśmy się na drugie śniadanie

pustelnia

ta budowla zdaje się pamięta Wizygotów

Marcos, Roberta i ja - przyjaźń, trwająca do dziś

wykwintna kolacja w międzynarodowym gronie pielgrzymów

niedziela, 10 października 2010

Pierwszy krok

Pierwszy krok postawiony na Camino jest przyzwoleniem na to, by odtąd - przez najbliższe tygodnie - prowadziła cię Droga. Od tej pory czeka cię wędrówka przez góry, pola, wioski, miasta i miasteczka, wśród winnic i wzgórz, aż po ocean na Końcu Świata. Celem pielgrzymowania jest grób św. Jakuba, ale też sama Droga jest celem, a w jej trakcie doświadczysz też niezwykłej wędrówki - w głąb siebie...

Dopiero nad ranem, jeszcze w ciemnościach, gdy znalazłam się z plecakiem na malutkim francuskim dworcu, czekając na lokalny pociąg odjeżdżający do urokliwego, schowanego gdzieś wśród Pirenejów o krok od granicy hiszpańskiej miasteczka Saint Jean Pied de Port, dotarło do mnie, że naprawdę to robię. Wyruszam na Camino de Santiago! Odważyłam się! Zupełnie sama! Dopiero gdy dotarło to do mojej świadomości, miejsce lęku przed nieznanym zajęło radosne przeczucie przygody.
Wiele razy później na Szlaku będzie mi też towarzyszyć irracjonalne poczucie szczęścia, niespowodowane niczym konkretnym poza samą świadomością tkwienia w samym środku spełniającego się marzenia.

Camino de Santiago – Droga św. Jakuba, to najstarszy w Europie pieszy szlak pielgrzymkowy. Nie jest nim jedna droga – szlaków jest wiele, ich sieć oplata cały kontynent, najwięcej punktów wyjścia prowadzi oczywiście z Hiszpanii, ale wg tradycji należy wyruszyć od progu własnego domu. Liczy się to, że wszystkie drogi prowadzą do jednego celu – do grobu św. Jakuba Starszego, Apostoła, jednego z Dwunastu umiłowanych uczniów Jezusa Chrystusa. Niosąc Dobrą Nowinę, dotarł On do najdalszych zakątków znanego podówczas świata – aż do wybrzeży hiszpańskiej Galicji, za którą rozciągał się już tylko niezmierzony Ocean. Po powrocie do Jerozolimy, Jakub jako pierwszy z apostołów poniósł męczeńską śmierć z rąk Heroda Agryppy. Jego uczniowie pożeglowali wraz z ciałem swego mistrza do ziem, gdzie chciał zostać pochowany, gdzie tak długo nauczał – do Galicji. Niestety sarkofag z ciałem świętego zaginął na długie, mroczne, niespokojne dla Hiszpanii lata wojen z Maurami. Odnalazł go dopiero w VIII w. pustelnik Pelayo, prowadzony deszczem spadających gwiazd. W tym miejscu powstało miasto Santiago de Compostela – Santiago de Campus Stellae, Święty Jakub z Pola Gwiazd, szybko stając się celem pielgrzymek średniowiecznych pątników, najbardziej popularnym po Rzymie i Jerozolimie.

Po latach zapomnienia, Szlak ponownie przeżywa swój rozkwit. Spośród wielu dróg do grobu Apostoła, ja wybrałam ten najbardziej tradycyjny, najpopularniejszy – Camino Francés.
I tak oto, 14 sierpnia, zrobiłam to o czym tyle wcześniej czytałam w książkach i relacjach innych – wysiadłam na maleńkiej stacyjce w średniowiecznym, baskijskim miasteczku, w biurze pielgrzyma odebrałam mój własny Credencial del Peregrino – paszport pielgrzyma, i przekroczywszy malowniczy most na rzece, rozpoczęłam moją wędrówkę.

Tu właśnie rozpoczyna się wspomnienie przepięknej przygody, cudownej wędrówki przez krajobrazy północnej Hiszpanii, niesamowitych spotkań z ludźmi, ze sobą i z Bogiem. Ciężko powiedzieć, co w tej podróży jest najwspanialsze. Z jednej strony walory krajoznawcze i kulturoznawcze – takiej Hiszpanii nie zobaczy się na dwutygodniowych wczasach w luksusowym hotelu. Idąc powoli przez cztery regiony i różne prowincje kraju, poznaje się go i jego mieszkańców od zupełnie innej strony, w ich zwyczajnej codzienności. Na początku – Navarra. Od Francji dzieli ją tylko niewielki kamienny słupek, informujący, że już jesteśmy w Hiszpanii.

Navarra zdobyła moje serce pięknem i surowością górskich krajobrazów, maleńkimi, ale niezwykle zadbanymi wioskami z kamienia, o kolorowych okiennicach i balustradach balkoników przystrojonymi morzem kwiatów, baskijskimi akcentami i wmurowanymi w ściany domów kamiennymi herbami starych rodów. Zaczarowała mnie Pampeluna, w której mogłabym zostać całe życie – z jej wąskimi uliczkami, kamieniczkami oszałamiającymi przeróżnymi kolorami, tradycją słynnych gonitw byków, upamiętnioną pomnikiem. Historię wieków pielgrzymowania poczułam przechodząc bardzo starym mostem w Puente la Reina. Zachłysnęłam się zachwytem wśród złotawych kamiennych murów Viany. We wszystkich wioskach po drodze podziwiałam bardzo piękne, stare kościoły, których wieżę widać było już z daleka, wystającą ponad dachami domków.

Następna była La Rioja – ten region z kolei prowadzi pielgrzyma przez niezliczone pola winnic, wśród kiści soczystych winogron, suchymi wzgórzami, w palących promieniach hiszpańskiego słońca. Stolicą regionu jest Logroño – i znów historyczne mosty, kościoły... Ogromne wrażenie robi też przepiękna katedra w Santo Domingo de la Calzada, gdzie wśród wzniosłej muzyki usłyszeć można też... pianie koguta! Istotnie, żywy biały okaz tego ptaka wraz z kurą-małżonką zamieszkuje ozdobną klatkę we wnętrzu świątyni. W niewielkiej odległości od miasta strudzonych pielgrzymów wita inna mieścinka – Grañón, godne wspomnienia ze względu na przecudowną atmosferę, w jakiej witani są pątnicy w tamtejszym albergue – schronisku.

Niedługo za Grañón przekraczamy granice kolejnego hiszpańskiego regionu – Castilla y León. Przez ten teren idziemy najdłużej, ale też napotykamy mnóstwo atrakcji, jak choćby Atapuerca, ciekawa ze względu na archeologiczne wykopaliska, które pozwoliły na odnalezienie w tym zakątku najstarszego przodka człowieka! Dalej nie sposób pominąć Burgos – dawnej stolicy królów. Obecna tu katedra jest najpiękniejszą, jaką zdarzyło mi się w życiu widzieć (i piszę to z całą świadomością, że dane mi było już zobaczyć słynną paryską Notre-Dame, a nawet samą Bazylikę św. Piotra). Poza tym miasto sławi też pamięć Cyda – to o nim traktuje najstarszy hiszpański epos średniowieczny, zabytek hiszpańskiej literatury. Za Burgos rozpoczyna się Meseta – ogromny płaskowyż. Wokół rozciągają się bezkresne pola, nad głową ogromny błękit nieba, gdzieniegdzie trafia się na spaloną słońcem wioskę. Tak jest aż do León, kolejnego dużego, zachwycającego miasta z dużą ilością zabytków – od katedry ozdobionej przepięknymi witrażami, po ciekawy architektonicznie pałacyk autorstwa Gaudiego. Ale to nie koniec zwiedzania, bo w tym regionie czeka na nas jeszcze Astorga, stolica czekolady, z ciekawymi muzeami, katedrą i kolejnym dziełem Gaudiego – bajkowym pałacem biskupim, a już po wejściu w góry odnajdziemy Ponferradę z zamkiem templariuszy i... jeśli ma się takie szczęście jak ja – z najprawdziwszą, gorącą, hiszpańską fiestą!

Idąc przez malownicze góry wkroczymy do Galicji – tak, to w tych krańcach ziemi nauczał Santiago! Przed nami kraina wilgotnych lasów i wzgórz, soczystej zieleni, ubogich wiejskich terenów, nieco dzika, zamieszkana przez ludzi nieco zamkniętych, traktujących przybyszów z rezerwą ludu, który pragnie autonomii i nie do końca chce być utożsamiany z resztą Hiszpanów. Tu czeka na nas upragniony cel wędrówki – Santiago de Compostela, z katedrą, której widok po setkach kilometrów wędrowania, jest najbardziej wzruszającym momentem, jaki można sobie wyobrazić. Szczęśliwi, składamy u grobu Apostoła przyniesione intencje, zmartwienia, problemy, uczucia, radości, podziękowania, losy naszych rodzin i przyjaciół, emocje, nasze całe życie...
A potem wybieramy się dalej, w męczącą wędrówkę ku Końcowi Ziemi, wyniosłemu Cabo Finisterre. Cudowny widok oceanu na Costa da Morte – Wybrzeżu Śmierci, jest wystarczającą nagrodą za wszystkie trudy pielgrzymki. Oglądając zachód słońca na przylądku nad Atlantykiem, z twarzą skierowaną ku Nowemu Światu, zdajemy sobie sprawę, że jest to koniec naszej wędrówki, ale i początek nowego życia.
Możemy jeszcze kontynuować pielgrzymowanie do sanktuarium maryjnego Nostra Señora da Barca w Muxía, co również gorąco polecam.

To jeden aspekt pielgrzymki. Teraz druga strona – duchowa. Wędrując, każdego dnia, krok za krokiem, zmieniamy się, dojrzewamy. Nie wrócimy już tacy sami. Idąc samotnie, mamy czas na przemyślenia, na zastanowienie się nad swoim życiem, na ogarnięcie myślami naszej przeszłości, teraźniejszości i przyszłości. Przełamujemy nasze słabości, pokonujemy ograniczenia. Ale też poznajemy ludzi, uczymy się od nich, rozmawiając z nimi. Wysłuchujemy wspaniałych historii, spotykamy ludzi, którzy mając po 50-60 lat mówią, że pielgrzymują na Camino, ponieważ chcą zmienić coś w swoim życiu, bo chcą drugą jego część przeżyć inaczej, pełniej, głębiej, lepiej. Bo żałują zmarnowanego czasu. Pielgrzymka jest jak oczyszczenie umysłu i duszy, katharsis. Wystarczy tylko spytać kogoś: „Dlaczego idziesz?”, by od dopiero co poznanej osoby usłyszeć najgłębsze sekrety jej życia. Camino to życie w pigułce. Jednego dnia się śmiejesz, drugiego płaczesz, czasem jesteś samotna, czasem spotykasz ludzi – z jednymi idziesz dłużej, zaprzyjaźniasz się, z innymi tylko pozdrawiasz, nieodłączną częścią Drogi są pełne łez pożegnania. Każde doświadczenie jest cenne i niepowtarzalne, ubogaca Cię. Zdarzy Ci się też spotkać złego człowieka, ale to upewnia Cię jedynie w przekonaniu, że na jednego złego człowieka przypada na Camino setka cudownych, pięknych i dobrych ludzi. Tak samo jest w życiu, to podnosi na duchu, prawda? Uczysz się dostrzegać w bliźnich prawdziwe piękno, dostrzegasz duszę pod warstwą zmęczenia i brudu. Stajesz się bardziej ludzki. Wyruszasz na Szlak z pewnymi pytaniami, na które oczekujesz odpowiedzi. Czasem ją dostaniesz, a czasem dostaniesz odpowiedź na pytanie, którego wcale nie zadałeś. Zazwyczaj, niezależnie od wariantu, będzie to odpowiedź dla Ciebie zaskakująca.
Spotykasz Boga. Wystarczy się otworzyć – widzisz go w przepięknej przyrodzie, w drugim człowieku, w dobroci innych, rozpoznajesz jego głos w sobie, bo ulegasz przemianie, pozbywasz się egoizmu, uprzedzeń, On działa w Tobie, nawet jeśli tego nie oczekujesz bądź nie chcesz.
Obcowanie z historią, tradycją, kulturą, naturą, drugim człowiekiem, Bogiem...
Tym wszystkim jest Camino de Santiago, Droga, która jest celem sama w sobie. A także czymś o wiele, wiele więcej. Doprawdy, łatwiej byłoby powiedzieć czym ona nie jest!