Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Camino de Santiago. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Camino de Santiago. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 13 października 2013

wrzesień 2013 - powrót na Camino de Santiago

Chciałam i musiałam wrócić.
Kto raz wybierze się na Camino, tego Droga wzywa wciąż na nowo. We wrześniu tego roku wróciłam więc jako hospitalera, tym razem do schroniska w Ponferradzie, by po skończonym wolontariacie ponownie wyruszyć pieszo do Santiago de Compostela, tym razem już tylko z Ponferrady.
Praca hospitalero uzależnia, tak jak samo pielgrzymowanie szlakiem… hospitalero to peregrino sedentario czyli pielgrzym, który na chwilę przeszedł w „tryb osiadły” po to, aby służyć pomocą innym wędrowcom do Santiago. Jak już wspominałam, opisując moje doświadczenia sprzed dwóch lat z wolontariatu w Grañón, zgłaszam swoją wolę pomocy stowarzyszeniu Hospitaleros Voluntarios, należącemu do federacji, zrzeszającej kluby przyjaciół Camino ze wszystkich regionów Hiszpanii. I czekam na przydział...
Tym razem padło na Ponferradę.






O tyle, o ile wolontariat w Grañón był czystą przyjemnością, pobyt w Ponferradzie okazał się już na początku przede wszystkim ciężką pracą i nauką. Ciężką pracą, bo schronisko jest jedynym w mieście i jest ogromne, zdolne pomieścić ponad dwieście osób. A czego się nauczyłam? Trochę pokory, na pewno wiele rzetelności w sprzątaniu - niedokładne obejrzenie i zdezynfekowanie łóżek jednego dnia mogło poskutkować plagą pluskiew dnia następnego. Radzenia sobie w środowisku konfliktowym - moi współtowarzysze nie dogadywali się dobrze między sobą, a ja, stojąc pośrodku, musiałam w jakiś inteligentny sposób uniknąć wejścia w konflikt. Ale mimo pracy, która trwała od wczesnego ranka do późnego wieczora, otrzymywałam każdego dnia ogromną dawkę radości i pozytywnej energii - wdzięczność pielgrzymów, ich uśmiechy, spotkania i rozmowy z ludźmi z całego świata... Czasem cały dzień czekałam na jedną osobę, a gdy przyszła, wiedziałam, że to właśnie był pielgrzym, dla którego warto było podjąć się tej pracy - że tej jednej konkretnej osobie miałam pomóc, że to on mnie potrzebował. I wszystko nabierało sensu. Do tego dochodziła, jak przystało na hispanistkę, obserwacja codziennego życia mieszkańców Ponferrady - tych związanych ze schroniskiem, widywanych codziennie i tych spotykanych na ulicach, uczestniczących w obchodach tygodnia fiest, które w pierwszej połowie września rządzą życiem tego pięknie położonego wśród gór miasteczka, z królującym w jego panoramie zamkiem templariuszy i uroczymi kościółkami z XI wieku. 15-dniowe doświadczenie, które - teraz mogę już powiedzieć z całą pewnością - było niezwykłe i magiczne, i bardzo mnie wzbogaciło, ale też wiele nauczyło.










A dzień po skończeniu wolontariatu, spakowałam plecak i wyruszyłam w drogę razem ze wszystkimi innymi pielgrzymami. Po raz drugi szłam w stronę Santiago, tym razem pokonując tylko ostatnie 200 km, które dzielą Ponferradę od miasta Apostoła. Pielgrzymka krótsza i z innymi motywacjami. Mój cel był bardzo jasny, miałam osobistą intencję skierowaną do św. Jakuba. Chciałam, żeby to Camino było prawdziwie religijną pielgrzymką, ponieważ znałam już dobrze ten odcinek trasy i zależało mi na ponownym przebyciu jej tylko z konkretną intencją, by Apostoł pobłogosławił mi w moich planach na przyszłość. Ponieważ prośba była dość ważna i istotna (a przecież rzeczy ważne nigdy nie mogą być łatwe), prosiłam św. Jakuba, żeby uczynił moją pielgrzymkę trudną, chciałam żeby była ciężka, żeby jakby "odpokutować" za rzeczy, które wiedziałam, że zrobiłam źle i zapewnić sobie, żeby wszystko wyszło dobrze w przyszłości. I tak się stało. Mam już spore doświadczenie w pieszych wędrówkach, więc pierwsze trzy dni szłam bez żadnych problemów. I nagle, czwartego dnia, bardzo zaczęła boleć mnie stopa. Przez cały tydzień, do samego Santiago, ostatnie 120 km, szłam z silnym bólem stopy (okazało się potem, że było to zapalenie ścięgien). Podczas mojego pierwszego Camino, trzy lata temu, z St Jean Pied de Port aż do Finisterre, nauczyłam się pokonywać granice i bariery psychiczne, ale nie czułam wcale bólu fizycznego. W tym roku nauczyłam się zdążać do celu pomimo bólu. Było ciężko? Nie. Nie było dzięki osobom, które poznałam na szlaku. Coś, czego się nie spodziewałam i nie oczekiwałam, bo nie nastawiałam się w tym roku na wiele nowych znajomości, ale co sprawiło, że moje Camino było czystą radością, przyjemnością i zabawą. Tak naprawdę nie ma znaczenia ile kilometrów się pokona, liczy się to, w jaki sposób się je przeżywa. Ból nauczył mnie, że to siła woli, siła umysłu i odwaga pchają nas do przodu i pomagają kroczyć właściwą ścieżką (na Camino i tak samo w życiu), nie zważając na to, co mówi nam nasze ciało i jego instynkty. Inni pielgrzymi nauczyli mnie być otwartą, wolną, szczęśliwą i radosną. 
Jak to jest, dotrzeć do Santiago po raz drugi? To już nie to samo, nie jest tak wzruszające i emocjonujące jak pierwszy raz. Nie robi takiego wrażenia, nie jest takim sukcesem.
Ale daje takie samo poczucie radości i wewnętrznego spokoju.





























Dziękuję św. Jakubie, że mogłam po raz kolejny stawić się przed Twoim obliczem!
Dziękuję wspaniałym ludziom z Ponferrady, dzięki którym funkcjonuje schronisko i których obecność umilała mi pobyt.
I dziękuję innym pielgrzymom, przede wszystkim mojemu przyjacielowi poznanemu na szlaku trzy lata temu, który przyjechał specjalnie po to, by przejść ze mną kilkadziesiąt pierwszych kilometrów i grupce Hiszpanek z Sewilli, z którymi zaprzyjaźniłam się w drodze.
Ultreia!





P.S. Pewnie wrócę znowu. To tylko kwestia czasu.

poniedziałek, 1 kwietnia 2013

Slajdowisko o Camino w Łodzi!

Choć minęło już 2,5 roku od mojego Camino, miałam okazję przypomnieć sobie jeszcze raz krok po kroku moją pielgrzymkę - odkopać zdjęcia, filmy, poczytać wspomnienia zgromadzone tu na blogu. Wszystko po to, by "na świeżo" móc opowiedzieć jutro o tym w Klubie Podróżników Keja :)

2 kwietnia 2013 (wtorek), godz. 19:45
 
Keja Pub
ul. Kopernika 46
Łódź
Zapraszam serdecznie!

Wydarzenie na facebooku: kliknij
i reklama na Peronie4: kliknij



piątek, 15 lipca 2011

Muxía

22.09.2010
A jednak. Na Końcu Świata wcale kończyć nie trzeba...;-) Jest jeszcze jedno miejsce, do którego warto się udać i także warto zrobić to pieszo - sanktuarium maryjne Nuestra Señora de la Barca w Muxía - oddalonym o 30 km, czyli jeden dzień drogi od Finisterre. Wedle tradycji Maryja ukazała się tu św. Jakubowi przypływając do brzegu w kamiennej łodzi, by dodać mu sił do dalszego apostołowania w Galicji. Do tej pory wśród ogromnych kamieni, o które rozbijają się z pluskiem fale oceanu, poniżej sanktuarium, znajduje się jeden wyjątkowy - ogromny żagiel od owej maryjnej łodzi. Podobno trzeba się pod nim przeczołgać dziewięć razy, aby ustąpiły dolegliwości związane z reumatyzmem - Roberta spróbowała, tak profilaktycznie :)

Ta jednodniowa maryjna pielgrzymka to też mój ostatni - tym razem już ostatecznie - dzień marszu. Dziwnie będzie przestać iść. Droga była długa i było mi ciężko, po drodze tylko jedno miejsce, w którym można było się zatrzymać i zaopatrzyć, bar w Lires. Tam mijamy się z krakowską rodziną - oni wybrali odwrotny kierunek, najpierw poszli do Muxii, a teraz zmierzają ku Finisterze. Fioletowo-żółte pagórki pokryte wrzosem i kwiatami wyglądają pięknie. Nie zawsze łatwo odnaleźć tu Camino, oznaczenia są, ale droga jest dość dzika, raz prawidłową ścieżkę wskazała nam sama z siebie jakaś dziarska hiszpańska staruszka z taczką, pod koniec "zbłądziłyśmy" na plażę. Muxía jest spokojnym, cichym miasteczkiem. Na skałach poniżej sanktuarium ponownie oglądamy przepiękny zachód słońca, w atmosferze chyba lepszej niż w Finisterre, bo w ciszy. Jest magicznie. Wracając śpiewamy Ultreia, francuski hymn Camino.

23.09.2010
Rano znów najbardziej znienawidzony moment Drogi - pożegnanie. Łykam łzy. A potem znów trochę samotności... mam jeden dzień zapasu przed odlotem, wracam autobusem do Cee, pierwszego miasta nad oceanem w drodze na Finisterre. Potrzeba mi tego jednego dnia odpoczynku, by przemyśleć i ułożyć sobie w głowie wszystko przed powrotem. Niesamowicie cieszę się, że mogłam te ostatnie kilka dni znów iść z Robertą, śmiejąc się i śpiewając. Dni z nią były najweselszymi dniami Camino. Cee jest całkiem spore i jest śliczne, idealne na ostatni dzień wakacji. Siedziałam na ławce na promenadzie czytając, wdychając morskie powietrze, napawając się widokiem i myślą, że jestem gdzieś... no, prawie na końcu świata;) W każdym razie na końcu Hiszpanii, na jej skrawku gdzieś u brzegów Galicji, na złowieszczo brzmiącym ale dzikim i pięknym Costa da Morte ("Wybrzeże Śmierci"), że podróżuję, sama z plecakiem, że spełniam marzenie... Jestem szczęśliwa. Chciałam dotrzeć na plażę, ale nauczyłam się już, że lepiej nie mieć planów. Otóż Galicja ostatniego dnia postanowiła zaprezentować mi, że nie bez powodu nosi miano najbardziej deszczowego regionu Hiszpanii no i... pada. No ale w końcu już mamy jesień, a ja jestem nad Atlantykiem, ocean może być kapryśny. 
Może to też znak, że najwyższy czas wracać do domu?;)
No i czy to wreszcie czas na pytania o sens i cel Drogi, czy też odkryję je dopiero po powrocie?
Nogi wreszcie odpoczywają od marszu, a umysł ma czas porozmyślać o Drodze i jej kontynuacji... poskładać razem kolorowe impresje każdego dnia 45-dniowej wyprawy... 

24.09.2010
Porannym autobusem wracam do Santiago, początkowo wzdłuż wybrzeża. W ciemności widać wszystkie cudne wioski w formie rozmigotanych światełek wzdłuż czerni wody. Mrugają też latarnie morskie - jestem pewna, że widać tę z Finisterre! Światełka są też na oceanie - może to łodzie rybaków?
Ostatnie chwile w Santiago, ostatnia pielgrzymia msza i spektakl botafumeiro, kręcenie się po mieście, kupowanie pamiątek, rozpoznawanie znajomych twarzy w tłumie turystów. Potem siadam na Praza do Obradoiro, na przeciwko katedry, oparta o kolumnę. Kontempluję majestatyczną katedrę w całej okazałości i cieszę się, że to jednak tu zakończyłam ostatecznie moją pielgrzymkę. Równo tydzień temu dotarłam tu po raz pierwszy, wzruszona i szczęśliwa, z Miyae, moją koreańską przyjaciółką. Potem ruszyłam nad ocean, ale to jednak Santiago powinno być ostatecznym i głównym celem.
Podczas lądowania w Krakowie w samolocie rozległ się komunikat linii lotniczych: "welcome home"*. Poczułam się bardzo, bardzo wzruszona.

Dodatek praktyczny: Pielgrzymka do Muxíi to jakby dodatek, ale jeśli ktoś dysponuje (tak jak ja) nadmiarem czasu to warto się wybrać:) Można też wybrać odwrotną kolejność - trzeciego dnia od wyruszenia z Santiago drogi rozdzielają się i można najpierw zawędrować do Muxía, a potem do Finisterre - droga ta jest "obustronna";)
Jeśli chodzi o powrót do Polski to z Santiago wracałam samolotem do Madrytu liniami Ryanair - wyszło chyba nawet taniej niż autobus albo porównywalnie, a zdecydowanie szybciej, zaledwie godzinka lotu;) No a z Madrytu są już teraz bezpośrednie loty do naszego kraju. 

* "Witaj w domu"


droga do Muxii



miasteczko

sanktuarium Nuestra Señora de la Barca

kamienny żagiel

kamienny żagiel



Cee - dzień ostatni






niedziela, 10 października 2010

Pierwszy krok

Pierwszy krok postawiony na Camino jest przyzwoleniem na to, by odtąd - przez najbliższe tygodnie - prowadziła cię Droga. Od tej pory czeka cię wędrówka przez góry, pola, wioski, miasta i miasteczka, wśród winnic i wzgórz, aż po ocean na Końcu Świata. Celem pielgrzymowania jest grób św. Jakuba, ale też sama Droga jest celem, a w jej trakcie doświadczysz też niezwykłej wędrówki - w głąb siebie...

Dopiero nad ranem, jeszcze w ciemnościach, gdy znalazłam się z plecakiem na malutkim francuskim dworcu, czekając na lokalny pociąg odjeżdżający do urokliwego, schowanego gdzieś wśród Pirenejów o krok od granicy hiszpańskiej miasteczka Saint Jean Pied de Port, dotarło do mnie, że naprawdę to robię. Wyruszam na Camino de Santiago! Odważyłam się! Zupełnie sama! Dopiero gdy dotarło to do mojej świadomości, miejsce lęku przed nieznanym zajęło radosne przeczucie przygody.
Wiele razy później na Szlaku będzie mi też towarzyszyć irracjonalne poczucie szczęścia, niespowodowane niczym konkretnym poza samą świadomością tkwienia w samym środku spełniającego się marzenia.

Camino de Santiago – Droga św. Jakuba, to najstarszy w Europie pieszy szlak pielgrzymkowy. Nie jest nim jedna droga – szlaków jest wiele, ich sieć oplata cały kontynent, najwięcej punktów wyjścia prowadzi oczywiście z Hiszpanii, ale wg tradycji należy wyruszyć od progu własnego domu. Liczy się to, że wszystkie drogi prowadzą do jednego celu – do grobu św. Jakuba Starszego, Apostoła, jednego z Dwunastu umiłowanych uczniów Jezusa Chrystusa. Niosąc Dobrą Nowinę, dotarł On do najdalszych zakątków znanego podówczas świata – aż do wybrzeży hiszpańskiej Galicji, za którą rozciągał się już tylko niezmierzony Ocean. Po powrocie do Jerozolimy, Jakub jako pierwszy z apostołów poniósł męczeńską śmierć z rąk Heroda Agryppy. Jego uczniowie pożeglowali wraz z ciałem swego mistrza do ziem, gdzie chciał zostać pochowany, gdzie tak długo nauczał – do Galicji. Niestety sarkofag z ciałem świętego zaginął na długie, mroczne, niespokojne dla Hiszpanii lata wojen z Maurami. Odnalazł go dopiero w VIII w. pustelnik Pelayo, prowadzony deszczem spadających gwiazd. W tym miejscu powstało miasto Santiago de Compostela – Santiago de Campus Stellae, Święty Jakub z Pola Gwiazd, szybko stając się celem pielgrzymek średniowiecznych pątników, najbardziej popularnym po Rzymie i Jerozolimie.

Po latach zapomnienia, Szlak ponownie przeżywa swój rozkwit. Spośród wielu dróg do grobu Apostoła, ja wybrałam ten najbardziej tradycyjny, najpopularniejszy – Camino Francés.
I tak oto, 14 sierpnia, zrobiłam to o czym tyle wcześniej czytałam w książkach i relacjach innych – wysiadłam na maleńkiej stacyjce w średniowiecznym, baskijskim miasteczku, w biurze pielgrzyma odebrałam mój własny Credencial del Peregrino – paszport pielgrzyma, i przekroczywszy malowniczy most na rzece, rozpoczęłam moją wędrówkę.

Tu właśnie rozpoczyna się wspomnienie przepięknej przygody, cudownej wędrówki przez krajobrazy północnej Hiszpanii, niesamowitych spotkań z ludźmi, ze sobą i z Bogiem. Ciężko powiedzieć, co w tej podróży jest najwspanialsze. Z jednej strony walory krajoznawcze i kulturoznawcze – takiej Hiszpanii nie zobaczy się na dwutygodniowych wczasach w luksusowym hotelu. Idąc powoli przez cztery regiony i różne prowincje kraju, poznaje się go i jego mieszkańców od zupełnie innej strony, w ich zwyczajnej codzienności. Na początku – Navarra. Od Francji dzieli ją tylko niewielki kamienny słupek, informujący, że już jesteśmy w Hiszpanii.

Navarra zdobyła moje serce pięknem i surowością górskich krajobrazów, maleńkimi, ale niezwykle zadbanymi wioskami z kamienia, o kolorowych okiennicach i balustradach balkoników przystrojonymi morzem kwiatów, baskijskimi akcentami i wmurowanymi w ściany domów kamiennymi herbami starych rodów. Zaczarowała mnie Pampeluna, w której mogłabym zostać całe życie – z jej wąskimi uliczkami, kamieniczkami oszałamiającymi przeróżnymi kolorami, tradycją słynnych gonitw byków, upamiętnioną pomnikiem. Historię wieków pielgrzymowania poczułam przechodząc bardzo starym mostem w Puente la Reina. Zachłysnęłam się zachwytem wśród złotawych kamiennych murów Viany. We wszystkich wioskach po drodze podziwiałam bardzo piękne, stare kościoły, których wieżę widać było już z daleka, wystającą ponad dachami domków.

Następna była La Rioja – ten region z kolei prowadzi pielgrzyma przez niezliczone pola winnic, wśród kiści soczystych winogron, suchymi wzgórzami, w palących promieniach hiszpańskiego słońca. Stolicą regionu jest Logroño – i znów historyczne mosty, kościoły... Ogromne wrażenie robi też przepiękna katedra w Santo Domingo de la Calzada, gdzie wśród wzniosłej muzyki usłyszeć można też... pianie koguta! Istotnie, żywy biały okaz tego ptaka wraz z kurą-małżonką zamieszkuje ozdobną klatkę we wnętrzu świątyni. W niewielkiej odległości od miasta strudzonych pielgrzymów wita inna mieścinka – Grañón, godne wspomnienia ze względu na przecudowną atmosferę, w jakiej witani są pątnicy w tamtejszym albergue – schronisku.

Niedługo za Grañón przekraczamy granice kolejnego hiszpańskiego regionu – Castilla y León. Przez ten teren idziemy najdłużej, ale też napotykamy mnóstwo atrakcji, jak choćby Atapuerca, ciekawa ze względu na archeologiczne wykopaliska, które pozwoliły na odnalezienie w tym zakątku najstarszego przodka człowieka! Dalej nie sposób pominąć Burgos – dawnej stolicy królów. Obecna tu katedra jest najpiękniejszą, jaką zdarzyło mi się w życiu widzieć (i piszę to z całą świadomością, że dane mi było już zobaczyć słynną paryską Notre-Dame, a nawet samą Bazylikę św. Piotra). Poza tym miasto sławi też pamięć Cyda – to o nim traktuje najstarszy hiszpański epos średniowieczny, zabytek hiszpańskiej literatury. Za Burgos rozpoczyna się Meseta – ogromny płaskowyż. Wokół rozciągają się bezkresne pola, nad głową ogromny błękit nieba, gdzieniegdzie trafia się na spaloną słońcem wioskę. Tak jest aż do León, kolejnego dużego, zachwycającego miasta z dużą ilością zabytków – od katedry ozdobionej przepięknymi witrażami, po ciekawy architektonicznie pałacyk autorstwa Gaudiego. Ale to nie koniec zwiedzania, bo w tym regionie czeka na nas jeszcze Astorga, stolica czekolady, z ciekawymi muzeami, katedrą i kolejnym dziełem Gaudiego – bajkowym pałacem biskupim, a już po wejściu w góry odnajdziemy Ponferradę z zamkiem templariuszy i... jeśli ma się takie szczęście jak ja – z najprawdziwszą, gorącą, hiszpańską fiestą!

Idąc przez malownicze góry wkroczymy do Galicji – tak, to w tych krańcach ziemi nauczał Santiago! Przed nami kraina wilgotnych lasów i wzgórz, soczystej zieleni, ubogich wiejskich terenów, nieco dzika, zamieszkana przez ludzi nieco zamkniętych, traktujących przybyszów z rezerwą ludu, który pragnie autonomii i nie do końca chce być utożsamiany z resztą Hiszpanów. Tu czeka na nas upragniony cel wędrówki – Santiago de Compostela, z katedrą, której widok po setkach kilometrów wędrowania, jest najbardziej wzruszającym momentem, jaki można sobie wyobrazić. Szczęśliwi, składamy u grobu Apostoła przyniesione intencje, zmartwienia, problemy, uczucia, radości, podziękowania, losy naszych rodzin i przyjaciół, emocje, nasze całe życie...
A potem wybieramy się dalej, w męczącą wędrówkę ku Końcowi Ziemi, wyniosłemu Cabo Finisterre. Cudowny widok oceanu na Costa da Morte – Wybrzeżu Śmierci, jest wystarczającą nagrodą za wszystkie trudy pielgrzymki. Oglądając zachód słońca na przylądku nad Atlantykiem, z twarzą skierowaną ku Nowemu Światu, zdajemy sobie sprawę, że jest to koniec naszej wędrówki, ale i początek nowego życia.
Możemy jeszcze kontynuować pielgrzymowanie do sanktuarium maryjnego Nostra Señora da Barca w Muxía, co również gorąco polecam.

To jeden aspekt pielgrzymki. Teraz druga strona – duchowa. Wędrując, każdego dnia, krok za krokiem, zmieniamy się, dojrzewamy. Nie wrócimy już tacy sami. Idąc samotnie, mamy czas na przemyślenia, na zastanowienie się nad swoim życiem, na ogarnięcie myślami naszej przeszłości, teraźniejszości i przyszłości. Przełamujemy nasze słabości, pokonujemy ograniczenia. Ale też poznajemy ludzi, uczymy się od nich, rozmawiając z nimi. Wysłuchujemy wspaniałych historii, spotykamy ludzi, którzy mając po 50-60 lat mówią, że pielgrzymują na Camino, ponieważ chcą zmienić coś w swoim życiu, bo chcą drugą jego część przeżyć inaczej, pełniej, głębiej, lepiej. Bo żałują zmarnowanego czasu. Pielgrzymka jest jak oczyszczenie umysłu i duszy, katharsis. Wystarczy tylko spytać kogoś: „Dlaczego idziesz?”, by od dopiero co poznanej osoby usłyszeć najgłębsze sekrety jej życia. Camino to życie w pigułce. Jednego dnia się śmiejesz, drugiego płaczesz, czasem jesteś samotna, czasem spotykasz ludzi – z jednymi idziesz dłużej, zaprzyjaźniasz się, z innymi tylko pozdrawiasz, nieodłączną częścią Drogi są pełne łez pożegnania. Każde doświadczenie jest cenne i niepowtarzalne, ubogaca Cię. Zdarzy Ci się też spotkać złego człowieka, ale to upewnia Cię jedynie w przekonaniu, że na jednego złego człowieka przypada na Camino setka cudownych, pięknych i dobrych ludzi. Tak samo jest w życiu, to podnosi na duchu, prawda? Uczysz się dostrzegać w bliźnich prawdziwe piękno, dostrzegasz duszę pod warstwą zmęczenia i brudu. Stajesz się bardziej ludzki. Wyruszasz na Szlak z pewnymi pytaniami, na które oczekujesz odpowiedzi. Czasem ją dostaniesz, a czasem dostaniesz odpowiedź na pytanie, którego wcale nie zadałeś. Zazwyczaj, niezależnie od wariantu, będzie to odpowiedź dla Ciebie zaskakująca.
Spotykasz Boga. Wystarczy się otworzyć – widzisz go w przepięknej przyrodzie, w drugim człowieku, w dobroci innych, rozpoznajesz jego głos w sobie, bo ulegasz przemianie, pozbywasz się egoizmu, uprzedzeń, On działa w Tobie, nawet jeśli tego nie oczekujesz bądź nie chcesz.
Obcowanie z historią, tradycją, kulturą, naturą, drugim człowiekiem, Bogiem...
Tym wszystkim jest Camino de Santiago, Droga, która jest celem sama w sobie. A także czymś o wiele, wiele więcej. Doprawdy, łatwiej byłoby powiedzieć czym ona nie jest!

środa, 6 października 2010

Na dobry początek!

Na Camino wkraczasz pełen obaw, pierwsze kroki stawiasz ostrożnie i nieśmiało. Nie wiesz jeszcze, co Cię czeka. Przed Tobą miesiąc (a nawet ponad) wędrówki. Na razie są to mglisto się rysujące dni, które dopiero w nadchodzącym czasie zostaną wypełnione mozaiką zdarzeń, obrazów, widoków, wrażeń, spotkań z ludźmi, ze sobą i z Bogiem, przeżyć i doświadczeń, które sprawią, że... no właśnie, co? Każdy wyrusza w Drogę z marzeniami, nadziejami... pełen oczekiwań. Że wróci lepszy, inny, że zmieni coś w swoim życiu. Jaki wraca?
Dla mnie pielgrzymka była cudownym doświadczeniem, dlatego chcę się nim jakoś podzielić.
Nie bardzo wiem, czy będę potrafiła opowiedzieć to wszystko, co bym chciała, nie wiem też jeszcze w jakiej formie chcę to przedstawić, pewnie okaże się w trakcie. Nie będzie to chyba szczegółowa relacja dzień po dniu, raczej luźne impresje i przemyślenia inspirowane tą piękną wędrówką. W moim życiu rozpoczęła nowy etap - po powrocie zaczęłam nowe życie, w nowym mieście - Krakowie.
Bo Camino de Santiago jest tylko początkiem - po nim rozpoczyna się Camino de Vida, Droga Życia.
Zapraszam do podążania wraz ze mną krok po kroku moim Camino, tym które żyje we wspomnieniach, i tym którym wędruję teraz, codziennie, każdego dnia.
Może przekażę Wam trochę energii i radości, które przywiozłam ze Szlaku św. Jakuba, może trochę zachwytu życiem, a może dodam komuś odwagi lub zachęty do tego, by sam wyruszył w trasę.
Na wszelkie pytania chętnie będę odpowiadać.
Ultreia!