środa, 1 czerwca 2011

Klasztor, ambulans i chwila słabości

11.09.2010
Tego dnia dużo schodzenia w dół, wciąż wśród malowniczych górskich widoków. W Triacastela urządzamy sobie piknik na murku, otoczone zielenią i górami, radosne, beztroskie. Tak jak mówił nam wczoraj zakochany po uszy w Galicji Niemiec, jest to miejsce z pozytywną energią. Zieleń wzgórz, chrupiąca bagietka z dżemem, jogurt i połówka jabłka - niewiele potrzeba tu do szczęścia.
Wśród zieleni wyłania się w dole majestatyczny, robiący niesamowite wrażenie klasztor benedyktynów w Samos. To jeden z najstarszych klasztorów zachodniego świata, pielgrzymów też przyjmujący już od dawien dawna. Zatrzymujemy się więc ochoczo na nocleg w tym miejscu przesyconym historią. Albergue jest bardzo gościnne, mieści się w jednej z sal w klasztorze, ściany ozdobione są malunkami związanymi tematycznie z Camino. Wraz z nami śpią tu też nowi znajomi - francuski kleryk, sympatyczny Hiszpan Felipe, śliczna Austriaczka Vicky i spotkane wczoraj dwie Polki. Zwiedzamy piękny klasztor z hiszpańską przewodniczką - zachwycam się urokiem krużganków i pięknem ogrodu. Na piętrze ściany pokryte są dość nowoczesnymi malowidłami. Wieczorem idę do kościoła posłuchać jak mnisi śpiewają gregoriańskie nieszpory.

Gdy wracam z kościoła, czeka mnie nieprzyjemna niespodzianka. Miyae, która została w albergue, leży na swoim łóżku, wokół niej zebrało się kilka osób. Czuje się fatalnie - chyba zatrucie. Wspaniali hospitaleros otaczają nas obie opieką, ktoś inny daje jakieś krople czy lekarstwa, w końcu decydują się wezwać karetkę. Jest już noc, zabieram dokumenty Miyae i jadę z nią ambulansem na pogotowie. Czuję się trochę jak we śnie - jestem gdzieśtam w Hiszpanii, pędzę karetką w ciemnościach nie wiedząc nawet dokładnie gdzie, z cierpiącą Koreanką z tyłu. Musiałam wyglądać na przerażoną, bo sympatyczny młody hiszpański ratownik medyczny, który prowadził ambulans, koniecznie starał się mnie zabawić rozmową. Lekarz zalecił dietę, wysłał nas taksówką do apteki po leki i odesłał do albergue w Samos. Następnego dnia Miyae czuła się już trochę lepiej.

Dodatek praktyczny: Nie zalecam pić wody z kranu i ze źródełek na terenie Galicji. O ile wcześniej było to możliwe i wszędzie woda była pitna i nawet zdrowa, o tyle przed wodą galicyjską wszyscy nas przestrzegali - być może to ona była powodem choroby Miyae.

12.09.2010
Jestem gotowa zostać z moją koreańską przyjaciółką jeden dzień dłużej w Samos, ale ona rano jest już zdecydowana żeby iść dalej. Niestety nie może dużo jeść, jest na ścisłej diecie, więc i sił jej brak - idziemy bardzo wolno, postanawiamy zrobić tego dnia tylko 12 km do Sarrii. Sarria to miejscowość oddalona od Santiago mniej więcej o 100 km - kilka dni drogi. Jest więc bardzo zatłoczona, bo wielu pielgrzymów, którzy chcą tylko otrzymać compostelkę zaczynają dopiero tutaj. Jest to miasteczko nastawione na turystów i zysk, pełne prywatnych albergues. Ponieważ zrobiłyśmy dziś tak niewiele kilometrów, doganiają nas znajomi z polskiej grupy oazowej - spędzamy radosny wieczór, gotując razem kolację wraz z Martą, Emilką, Markiem, Moniką, Michałem i ks. Andrzejem.

Camino zrobiło się niestety bardzo zatłoczone, komercyjne. Ja też czuję się już trochę zmęczona, szczególnie po wczorajszej ciężkiej nocy i powolnym, męczącym dniu. Jest jakby inaczej. Marzę o celu. Tęsknię za przyjaciółmi z początku drogi. Coraz częściej myślę o domu. W końcu mija właśnie miesiąc mojej podróży - miesiąc jak idę i codziennie śpię w innym łóżku. Myślę, że za te dwa tygodnie wrócę chętnie, stęskniona. Ale też dojrzalsza, silniejsza, mądrzejsza i piękniejsza. Myślę też, że jednak po powrocie będę bardzo tęsknić za Camino.
zmęczona, wśród wzgórz Galicji

najbardziej zielony rejon Hiszpanii

w dole imponujący klasztor w Samos

albergue w klasztorze w Samos

Samos

malowidła na pierwszym piętrze


kościół

a tu już Sarria

trochę egzotyki

widok na Sarrię

niedziela, 15 maja 2011

W krainie Celtów i magii

 10.09.2010
W porannych ciemnościach z wysiłkiem gramolimy się stromym podejściem do La Faba. Miasteczko bardzo ładne, zatrzymujemy się na chwilę przy stoisku z pamiątkami, sympatyczny sprzedawca pokropił nam ręce pomarańczowym olejkiem. Kolejna wspinaczka do O Cebreiro - starego, celtyckiego rzekomo miasteczka. Po drodze przekraczamy wreszcie granicę regionu Galicja. W O Cebreiro znajduje się maleńki kościółek, podobno najstarszy na Camino. Wystawione są tam patena i kielich, w których w średniowieczu dokonał się cud przemiany wina i chleba w prawdziwe ciało i krew Chrystusa. Niektórzy twierdzą nawet, że kielich ten to sam Święty Graal.

Camino prowadzi tego dnia to w górę, to w dół, górskie widoki zapierają dech w piersiach, dzień jest gorący - oby tak pozostało, bo Galicja to najbardziej deszczowy region Hiszpanii! Czuję się znów inaczej - jakby rozpoczął się zupełnie nowy i inny etap Camino. Zaczynam myśleć, że nie ma jednego Camino, jednej drogi, że zawiera ona w sobie kilka różnych dróg, tyle ile etapów w życiu. To dziwne uczucie. Może jest tak jak mówił Czech Lukas, że Camino to odrębna, magiczna, paralelna rzeczywistość? Znów wszędzie nowi, nieznani ludzie, z Miyae trzymamy się razem.

Gdy udało nam się wreszcie wspiąć na Alto do Poio, najwyższy punkt Galicji, gdzie spędzimy noc i odpoczywamy w barze z widokiem na góry, nagle drogą podjeżdża van, z którego wysiada... sprzedawca olejków i pamiątek z La Faby! Jest wraz z synem i pięknym białym psem, pytają czy mogą się do nas dosiąść. Mężczyzna, Marcel, jest Niemcem, ale studiował filologię hiszpańską i przeniósł się tu dawno temu, bo zakochał się w Galicji. Wygląda jak hipis - luźna koszula, jasne włosy związane w kucyk, wesołe błękitne oczy. Wieje od niego swobodą, wolnością, radością życia. Syn - przystojny, ciemnowłosy, widać że to już Hiszpan. Mieszka z matką w Astordze. Bardzo pozytywni ludzie, chcą zabrać nas ze sobą na obiad do Triacastela, ale postanawiamy zostać i odpocząć - tam tak czy inaczej dotrzemy jutro. Po raz pierwszy spotykamy się za to z nieprzyjemnym i nieuczciwym potraktowaniem nas w restauracji przez właściciela. Cóż, to tylko uświadamia, że na Camino - jak w życiu - spotkać można też ludzi złych. Jednak jeśli na jednego złego przypada kilkunastu lub kilkudziesięciu dobrych - czy proporcja wciąż nie pozostaje optymistyczna?:-)

górskie i zielone krajobrazy Galicji




O Cebreiro

podobno najstarszy kościół na Camino

charakterystyczne dla O Cebreiro chatki


piątek, 6 maja 2011

Mimo zmęczenia

 08.09.2010
Dziś przepiękna, choć długa droga. Gdy wyruszałyśmy z Miyae z El Acebo, tradycyjnie było jeszcze ciemno. W oddali widać było zarysy gór i bajecznie kolorowe światła Ponferrady. Widoki przez cały dzień były nieziemskie - dzikie górskie ścieżki, zejście strome, ale przepiękne. Dość wcześnie doszłyśmy do Molinaseca, przecudnego górskiego miasteczka, gdzie zatrzymałyśmy się w barze na śniadanie. Po nim ruszyłyśmy dalej ku Ponferradzie, gdzie ku naszemu zdumieniu i radości trafiłyśmy na... fiestę! W końcu! Prawdziwa, hiszpańska fiesta ;-) Grała muzyka, w procesji szły kobiety w kolorowych sukniach i inni ludzie w różnych tradycyjnych strojach, grała orkiestra i kastaniety, wszędzie powiewały hiszpańskie flagi. Było święto Maryi, patronki Ponferrady. Samo miasto, pięknie położone wśród gór, też nam się bardzo podobało, szczególnie w centrum. Jego główną atrakcją jest zamek templariuszy. Za Ponferradą okazało się, że nie mamy już nic do jedzenia, bardzo głodne poszukiwałyśmy więc jakiegoś otwartego sklepu, ale niestety nic z tego - w porze sjesty wszystko było zamknięte. Nigdy nie zapomnę radości jaką sprawiła nam sucha, pyszna bagietka kupiona w jedynej otwartej piekarni - Camino uczy cieszyć się z drobnych rzeczy i doceniać te na co dzień pospolite :-)
Chciałyśmy przenocować w Camponaraya. Niestety - przewodnik wprowadził nas w błąd, nie było tam albergue i musiałyśmy iść 6 km dalej do Cacabelos. Dowlokłyśmy się tam dopiero o 17:30, całkiem wykończone, choć resztkami sił podziwiałyśmy jeszcze po drodze piękne widoki zielonych wzgórz i winnic. W uroczym Cacabelos albergue znajduje się na dziedzińcu kościoła - są to przytulone do jego muru przytulne dwuosobowe pokoiki. Wieczór spędziłyśmy bardzo miło ze spotkanym w albergue Jackiem, Polakiem, który odbywa swoją pielgrzymkę na rowerze, poszliśmy razem na menu peregrino. Wbrew nadziejom, nie spotkałyśmy go już więcej na trasie następnego dnia, jednak wieczór spędzony z rodakiem był przemiły.

09.09.2010
Początek dnia bardzo trudny, wciąż byłyśmy zmęczone po długiej trasie i wysiłku dnia poprzedniego. Posiliłyśmy się jednak croissantem i gorącą czekoladą w przepięknym Villafranca del Bierzo, spotkałyśmy też Monikę i Michała z polskiej grupy. Po drodze wciąż góry i małe, urocze miasteczka. Po drodze rozmawiamy o tym, co Camino już w nas zmieniło. Miyae opowiada mi o swojej rodzinie i jej problemach, wczoraj była nimi jeszcze bardzo przygnębiona, a dziś mówi mi, że czuje się silna, że jest szczęśliwą osobą i po powrocie do Korei nie może o tym zapomnieć. Powiedziała też, że widzi, że ja jestem też dużo doroślejsza niż na początku Camino, gdy mnie poznała. Tak, dorosłam.
Zatrzymujemy się w Vega de Valcarce, na kolację robimy sobie sałatkę i jemy ją na tarasie z widokiem na góry.

Dodatek praktyczny: Należy dokładnie się upewnić, czy w miejscowości gdzie zamierzamy się zatrzymać na pewno jest albergue - czasem przewodniki się mylą bądź mają przestarzałe informacje. Dodatkowe, nieprzewidziane kilka kilometrów na koniec dnia może naprawdę wykończyć.


Molinaseca

typowe hiszpańskie śniadanko


przedstawicielki Andaluzji na fieście w Ponferrada

Ponferrada - fiesta




do celu już "blisko" :)

Cacabelos - zmęczenie nie odbiera uśmiechu :)


Villafranca del Bierzo





Vega de Valcarce

środa, 4 maja 2011

Dom bogów i żelazny krzyż

 06.09.2010
O świcie, niedługo przed Astorgą, natrafiamy na niezwykłe miejsce w środku pola. Słońce wschodzi, gdy naszym oczom ukazuje się stolik zastawiony wszelkimi pysznościami - ciastkami, owocami, sokami, kawą i herbatą. Wszystko pokryte serduszkami i kolorowe, jest też pieczątka w kształcie serca. Obok znajduje się jakiś stary magazyn, w pewnym momencie drzwi rozsuwają się i wychodzi wesoły mężczyzna, dokłada na stolik nowe porcje ciastek i owoców. Patrzymy z niedowierzaniem na puszkę z napisem: "donativo". To Casa de los dioses, dom bogów - David to mężczyzna, który stworzył to miejsce z myślą o pielgrzymach i dogląda go, ofiarowując swój czas, pieniądze, miłość. Na ścianie magazynu motto: Nuestra vida es la obra de nuestros pensamientos - Nasze życie jest dziełem naszego myślenia.
Astorga - kolejne z dużych miast na szlaku. Oczywiście zdobi je przepiękna katedra, ale tuż obok niej architektoniczne dziwo mistrza Gaudiego - dawny pałac biskupi, w którym aktualnie mieści się Muzeum Camino, wyglądający jak księżniczkowy zamek rodem z bajek Disneya. Miasto słynie także z pysznych wyrobów czekoladowych, niestety muzeum czekolady jest w poniedziałki zamknięte tak jak i muzeum Camino, więc nie jest mi dane zobaczyć ani jednego ani drugiego. By uczcić tradycje miasta, pijemy jednak po filiżance czekolady w kawiarni wraz z Martą i Miyae, a potem rozstaję się z polską grupą i podążam dalej znów tylko z moją koreańską przyjaciółką. Po drodze mijamy prześliczne miasteczko - Santa Catalina de la Somoza. Wędrówka jest tego dnia trudna, z wysiłkiem docieramy do El Ganso - wieczorem okazuje się, że mam gorączkę, może to dlatego szło mi się tak ciężko.

07.09.2010
Zaczęły się góry. Droga jest ciężka, ale i bardzo urokliwa - właściwie byłaby urokliwa, gdyby nie to, że w pewnym momencie dnia popsuła się pogoda i zasłony mgły i deszczu zasłoniły piękne widoki. Po drodze Rabanal del Camino - kolejne śliczne miasteczko z kamienia. W barze sprawdzamy skrzynki mailowe - ogromnie się cieszę, gdy widzę, że dostałam maile od przyjaciół z Camino, z którymi pożegnałam się wcześniej. Roberta wróciła już na szlak z powrotem z Włoch i podąża naszym tropem, a Andrea (z grupki Włochów) i Marcos są ciekawi jak radzę sobie dalej. Miasteczko Foncebadón wygląda na totalnie opustoszałe i zrujnowane, jest tam chyba tylko albergue - za to podobno bardzo przyjemne. W deszczu osiągamy Cruz de Hierro  - najwyższy punkt na Camino, żelazny krzyż pod którym pielgrzymi zostawiają niesiony z domu kamyk - na znak uwolnienia się od grzechów i ciężarów. Już tu. Chcemy zatrzymać się z Miyae dziś w Manjarin, niezwykle klimatycznym miejscu, pozbawionym elektryczności, prowadzonym przez prawdziwego templariusza;) Niestety przebyłyśmy jak na razie zbyt krótki odcinek. Ostatnie 7 km w deszczu i zimnie było potworne, ale gdy zbliżałyśmy się do El Acebo, mgła odsłoniła zapierający dech w piersiach widok gór.

Dodatek praktyczny: Warto wziąć ze sobą z domu jakiś malutki kamyczek, który symbolicznie zostawimy potem na Cruz de Hierro. Na Astorgę dobrze poświęcić więcej czasu i zobaczyć muzea (warto zaplanować pobyt w tym mieście tak, by NIE wypadł w poniedziałek;)). Góry są piękne, ale trudne (po płaskiej mesecie to daje się we znaki) no i z bardzo kapryśną pogodą.

W "domu bogów"

Pałac biskupi autorstwa mistrza Gaudiego

Miyae na trasie

Cruz de Hierro - Żelazny Krzyż

Manjarin


Magicznie położone El Acebo

Mgły podnoszą się, odsłaniając widok gór

sobota, 16 kwietnia 2011

Święta miłość i mistycyzm

05.09.2010
Poznali się jeszcze w szkole, właściwie ich miłość była naturalna i oczywista. Mieli wspólne plany, chcieli się pobrać. Pewnego dnia, planując ślub, siedzieli i rozmawiali. Powiedziała, że bardzo go kocha, ale jest w niej jeszcze silniejsze pragnienie, jeszcze większa miłość - chciałaby poświęcić swoje życie Bogu. On wyznał, że też się nad tym zastanawiał. On został księdzem, ona zakonnicą. Oboje spełniają się wspaniale w swoim powołaniu, on jest szanowanym i lubianym proboszczem, ona wyjechała na misje. Widują się raz na kilka lat, piszą do siebie kilka razy do roku. Ich miłość pozostała na płaszczyźnie czysto duchowej. Historia wzruszająca, niczym rodem z życiorysów świętych - Franciszka i Klary, Teresy z Ávila i Jana od Krzyża... Doskonale pasująca do mozaiki ludzkich historii, tworzących magię Camino. Jak kolejny element układanki.

Historia prawdziwa.
Zatopiona w rozmowie z polskim księdzem, idę szybkim tempem i prędko docieramy do wioski. Tam orientuję się, że reszta została daleko w tyle i wyrywam się na wolność, idę dalej - z tęsknoty za moją samotną wędrówką. Znów czuję się swobodnie i szczęśliwie. W drodze przez las spotykam sympatycznego, hiszpańskiego staruszka z pobliskiej wioski, który prosi mnie, żebym zrobiła mu zdjęcie, a potem chce je zobaczyć i zaprasza mnie na ławkę koło siebie, bym odpoczęła i porozmawiała. Do Santibañez de Valdeiglesias dotarłam na dwie godziny przed otwarciem albergue. Wypiłam w barze café con leche i weszłam do kościoła. Msza już się skończyła, podeszłam po pieczątkę do dwóch starszych pań. Były niesamowicie życzliwe i stwierdziły, że idąc do Santiago, pójdę prosto do nieba :-)
Rozłożyłam się w cieniu domu na karimacie i czekałam na resztę. Po otwarciu albergue zarejestrowałam się wraz z Miyae i Martą, a potem... zaczęły się problemy. Jeden z dwóch hospitaleros, żywiołowy Włoch, kategorycznie nie zgadzał się na przyjęcie do schroniska innych Polaków, krzycząc, że nie wpuszcza zorganizowanych grup i muszą szukać innego noclegu. Próbowałam pomóc i perswadować i w końcu udało się wraz z pomocą drugiego z gospodarzy, młodego Czecha Lukasa. Atmosfera jednak pozostała napięta i utwierdziłam się w przekonaniu, że muszę odłączyć się od dużej grupy i ponownie zacząć pielgrzymować samotnie, kontynuując moje własne Camino. Nie była to łatwa decyzja, ale samodzielna i przemyślana - jedna z wielu, które musiałam już podjąć od początku tej wyprawy, decydując się na nią w ogóle. Tylko kolejna decyzja więcej. 
Albergue nie jest ciekawe, ale ma przyjemny zielony ogród. W jego zaciszu jemy, a potem prowadzimy długie rozmowy o Bogu. Wieczorem siadam jeszcze wraz z Miyae, Martą i Czechem Lukasem przy stoliku i podejmujemy - ja i Czech - dyskusję. Lukas jest bardzo intrygujący, ale i nieco dziwny. Z domu wyruszył rok temu na swoje drugie już Camino. Po drodze zostaje gdzieś jako hospitalero na parę miesięcy. Wcześniej był gdzie indziej, teraz jest tu. Kiedy ruszy dalej? Gdy chce zdecydować, po prostu rzuca monetą 5-centową, na której widnieje wizerunek katedry w Santiago. Jeśli wypadnie reszka - odpowiedź brzmi "nie", jeśli katedra - "tak". "Św. Jakub zdecyduje". Pokazuje nam też grę zwaną juego de la oca, bardzo popularną na Camino, podobno poszczególnym polom odpowiadają jakieś miejsca ze szlaku... Lukas dużo mówi o mistycyzmie, o spirytualności Drogi, o jej magii. Mówi, że Camino to inny świat, równoległy do rzeczywistości, oderwany od niej. Z normalnym światem mamy styczność tylko wtedy, kiedy korzystamy z wygód i usług - bierzemy autobus, przewozimy bagaż. Lukas, gdy nie miał pieniędzy na dalszą podróż, sprzedawał własnoręcznie robione naszyjniki z kamyków. Camino to jego sposób na życie. Nie podoba mi się tylko momentami jego sposób myślenia, New Age'owska filozofia, niczym z ksiązki Paula Coelho, którą próbuje przemycić. Sprzeciwiam się temu i podejmujemy dyskusję. Było to dla mnie bardzo interesujące i ciekawe zakończenie dnia.

Dodatek praktyczny: W regulaminie w credencialu faktycznie napisane jest, że zorganizowane grupy nie mogą spać w schroniskach dla pielgrzymów i powinny organizować sobie własne noclegi. Uznaje się za nieuczciwe przyjmowanie grupy, której na przykład towarzyszy autobus przewożący zbędny bagaż i "rannych", bo inni pielgrzymi zdani są sami na siebie i nie mają takich udogodnień. Oczywiście dotyczy to tylko schronisk parafialnych i gminnych, tak jak fakt, że nie można spędzać dwóch nocy w tym samym schronisku, chyba że jest się chorym lub kontuzjowanym i nie może się dalej iść. W prywatnych schroniskach, które są przecież nastawione na zysk, nikt się tym nie przejmuje. Sytuację taką jak w tym przypadku, że hospitalero kategorycznie i wściekle odmawiał przyjęcia grupy, widziałam co prawda pierwszy i ostatni raz, ale jednak trzeba mieć na uwadze, że wyruszając w grupie zorganizowanej nie zawsze znajdzie się nocleg w albergue - co w wielu przypadkach jest właściwie słusznym podejściem.


codzienny poranny rytuał

Hospital de Órbigo - miasteczko rodem ze średniowiecza

sympatyczny staruszek, który bardzo chciał zobaczyć się na zdjęciu:)

dzisiejszy finał

wśród zieleni ogrodu widać kościół...

... i pranie ;)

wraz z Miyae raczymy się lampką wina - darem czeskiego hospitalero i... dzielimy butami;)

piątek, 15 kwietnia 2011

Żyj tak jak kochasz, kochaj to czym żyjesz :-)

04.09.2010
Dziś idę już ponownie z moją Miyae, ale też z polską grupką - Martą, Emilką, Moniką i Markiem. Opuszczamy León jeszcze po ciemku, w drodze spotykając kobietę z Australii, która - jak wielu - rozpoczyna w tym mieście pielgrzymkę. Przy wyjściu z miasta ostatni raz żegnamy się z Kanadyjczykami - kochanymi Danielem i Claire, w ciemnościach, robiąc sobie wspólne zdjęcie na tle pomarańczowej łuny sygnalizującej na granatowym niebie zbliżanie się słońca. Jeszcze nie wiemy, że więcej nie uda nam się już spotkać przyjaciół. W naszej polskiej grupce rozmawiamy po angielsku, żeby Miyae mogła nas rozumieć, wybieramy alternatywną trasę do Villar de Mazarife. Po drodze poznaliśmy dwóch Izraelczyków (ojciec i syn, spotkam ich ponownie w Santiago w kolejce do biura pielgrzymów) i Rosjankę.

Ale najciekawsze było spotkanie z Duńczykiem, który idzie trasą Aragonés. Miał ze sobą śliczny, własnoręcznie wyrzeźbiony kij pielgrzyma, był bardzo wesoły i miał dwa powody, żeby iść.
Pierwszy - obejrzał kiedyś z żoną film na BBC o kobiecie, która długie lata była w żałobie po śmierci męża, ciągle ubierała się na czarno. Znajomi zabrali ją na Camino. Po powrocie odmieniła swoje życie, zapragnęła żyć na nowo. Schowała swój smutek głęboko w sercu i zaczęła nowe życie. To ich bardzo zainspirowało i zapragnęli przejść tę trasę razem - niestety żona ma problemy z biodrem, więc idzie sam.
Drugi powód - bardzo szczęśliwe życie :-) Ma dwoje dzieci, troje wnucząt - i chce za nie podziękować w katedrze w Santiago. Jest bardzo szczęśliwym człowiekiem, ma 65 lat, skończył pracować, wreszcie ma czas i pieniądze na podróż. My - młodzi, mamy przed sobą całe życie. By przeżyć je szczęśliwie, by zacząć cieszyć się nim już teraz. 
Radosne, ciekawe i pouczające spotkanie. Per (bo tak ma na imię sympatyczny Duńczyk) będzie nam towarzyszył jeszcze wiele dni.

Live the life you love.
Love the life you live.

To jedna z sentencji wypisanych na ścianie Albergue de Jesús, bardzo ciekawego, artystycznego miejsca z duszą i przyjemną atmosferą, w którym przyjdzie nam spędzić noc. Wszędzie na ścianach są kolorowe napisy, rysunki, malowidła, w ogrodzie basen i różne śmieszne kolorowe rzeźby. W schronisku zatrzymuje się cała polska grupa i wszędzie rozbrzmiewa polski - dziwne uczucie, ale w kościele pozwalają nam odprawić polską mszę - żywą, piękną, pełną śpiewu. Przyłącza się kilku obcokrajowców i choć nie rozumieją zbyt wiele - są zachwyceni.

tu ostatni raz widzimy przyjaciół z Kanady

Albergue Jezusa ;-)


hiszpańskie kościoły są ulubionym miejscem bocianów :)

Peregrino


z wesołym Duńczykiem

na tarasie albergue, prawdopodobnie pisząc te słowa ;)