czwartek, 17 lutego 2011

Meseta

Ktoś zapytał mnie kiedyś, dlaczego tak mi się podoba krajobraz mesety. Nie potrafiłem odpowiedzieć od razu i stwierdziłem: "Ponieważ myślę, że podobnie wyglądam w środku".
C. Nooteboom, Drogi do Santiago

27.08.2010
Meseta. Postrach pielgrzymów. Ogromny płaskowyż, zajmujący centralne połacie Półwyspu Iberyjskiego. Trawiony bezlitosnymi promieniami słońca, bez wody i drzew, które dawałyby cień, niemal niezamieszkały.  Gdzie nie sięgnąć okiem, tam bezkresne, suche pola. Jak na pustyni. Na szlaku meseta ciągnie się od Burgos, aż po León. Wielu pielgrzymów omija ten etap, przejeżdżając go pociągiem lub autobusem. Bo nudny, bo nużący. Nic bardziej mylnego.

Zakochałam się w mesecie.

Nie sądziłam, że do tego dojdzie. Słuchając opowieści innych, ja też obawiałam się nieco tego etapu, traktowałam ten odcinek jako konieczność, etap który trzeba przejść by znaleźć się z powrotem wśród pięknych, urozmaiconych krajobrazów górskich. Jednak od pierwszego dnia meseta całkowicie mnie zauroczyła i zafascynowała. Zachwyciła mnie przestrzeń, ona przede wszystkim. Ogromna przestrzeń, dająca poczucie wolności i szczęścia. Błękitne niebo wydaje się być ogromne, bezkresne, otaczające ze wszystkich stron. Przez płaski teren idzie się wygodnie, lekko, bez większego wysiłku. Żar słońca łagodzi przyjemny, wiejący wciąż mocno wiatr. Bać się nie było czego, krajobraz wcale nie jest nudny - jest przepiękny, nawet nieco urozmaicony łagodnymi wzgórzami. Poza tym jest mnóstwo czasu na kontemplację, na przemyślenia, na rozmowę z innymi. Uwaga nie skupia się na krajobrazie, bo i nie ma czym się skupić, ten krajobraz chłonie się po prostu całym sobą. Jedyne co ciąży chyba jeszcze bardziej, gdy idzie się po płaskim terenie, to plecak. Przychodzi mi do głowy, że jest on symbolem wszystkich rzeczy materialnych, które posiadamy i gromadzimy. Im jest ich więcej, tym bardziej ciąży, tym bardziej przygniata nas do ziemi. Gdy na chwilę go zdejmę, czuję się wolna i taka lekka, że mogłabym fruwać. Wędrówka bez niego byłaby samą przyjemnością.

Szłyśmy z Robertą we dwie, z początku bardzo smutne po porannym pożegnaniu z naszym hiszpańskim przyjacielem, potem jednak dużo rozmawiając, śmiejąc się, znów śpiewając. Droga mijała szybko. Po wysłuchaniu opowieści Włoszki, po raz kolejny przekonuję się jak różne są historie ludzkiego życia, często tak pełne bólu. Mimo to wciąż i wciąż zachwycam się tu na Camino nieskończonym pięknem człowieka i jego złożonością. Zatrzymujemy się na odpoczynek w Hornillos, przed sklepem spotykamy jakiegoś Niemca, który dopiero co rozpoczął pielgrzymkę - w Burgos. Dołącza do nas i dalej idziemy razem. Wcześniej, w drodze, gdy śpiewałyśmy, zrównał się z nami sympatyczny starszy Czech i powiedział, że idzie tak za nami, bo promieniuje od nas niesamowita, pozytywna energia i dzięki niej idzie się łatwiej. Gdy jednak i my zaczynamy już powoli tracić nadzieję na dotarcie gdziekolwiek tego dnia - na horyzoncie nie widać żadnej, nawet najmniejszej wioski - w ostatniej chwili u stóp wyłania nam się wieża kościoła i dachy Hontanas, ukrytego w niecce. Po odpoczynku robimy z Robertą zakupy, gotujemy pastę i zapraszamy na kolację Niemca oraz młodego, wesołego Belga. Jak się okazuje, Miyae też dotarła dziś do Hontanas, choć autobusem. Wieczór znów spędzamy więc w bardzo wesołym, międzynarodowym gronie. Tak rozpoczęła się przygoda z mesetą.

Dodatek praktyczny: Absolutnie nie omijajcie Mesety! Wierzcie mi, to naprawdę jeden z najpiękniejszych etapów Camino. Warunki pogodowe mogą tam być przeróżne, więc warto się tylko dobrze na to przygotować. Wiosną cała pokryta jest zielenią, a latem wysuszona, w kolorach pustyni. Koniecznie weźcie ze sobą dobry krem z filtrem (ja nie czułam słońca przez wiejący wiatr, więc się nie posmarowałam i dopiero wieczorem odkryłam jak bardzo jestem czerwona;)) i odpowiednie zapasy wody. Gdy długo nie widzicie celu, nie załamujcie się, wiele wiosek na mesecie jest ukrytych za wzgórzami lub w kotlinkach tak jak Hontanas.



u progu mesety

bezkres nieba

tak będzie wyglądać droga przez najbliższe dni

Hontanas ukazuje się w ostatniej chwili

środa, 16 lutego 2011

Burgos - miasto królów

 26.08.2010
Wspinaliśmy się powoli, w ciemnościach, kamienistą drogą na wzgórze. Na niebie świecił przeogromny księżyc w pełni. Szliśmy wszyscy razem – sześcioro obywateli pięknej Italii, Hiszpan i ja. Wdrapaliśmy się w końcu na wierzchołek wzgórza, na którym ustawiony był duży krzyż, a wokół leżało ułożone w spirale mnóstwo kamieni – jeden z pomników, tworzonych spontanicznie przez tysiące przechodzących tędy pielgrzymów. Spojrzeliśmy za siebie i… oniemieliśmy z zachwytu. Ciemny kontur krzyża rysował się na tle różowo-pomarańczowej łuny, którą namalowało na granatowym niebie wschodzące powoli słońce. W końcu udało nam się oderwać wzrok od tego magicznego widoku i pomaszerowaliśmy dalej. Z drugiej strony wzgórza czekał na nas widok równie piękny – w ciemnościach nocy lśniło światłami królewskie miasto Burgos.

Potem niestety droga już dość nużąca – przedmieściami wielkiego miasta, pełnymi magazynów bądź fabryk. Urozmaicałam ją sobie rozmową z Marcosem, który jak się okazało, też ma swoją ciekawą, choć momentami smutną historię życia.

Do centrum Burgos docieramy bardzo wcześnie, bo etap nie był długi, a wyruszyliśmy wcześnie. Chcieliśmy mieć czas na zwiedzenie pięknego miasta, dawnej stolicy królów Hiszpanii, znanej chociażby z „Pieśni o Cydzie”, która jest najstarszym znanym zabytkiem epiki kastylijskiej. Albergue jest jeszcze zamknięte, więc czekając na jego otwarcie, wyczerpani kładziemy się po prostu na chodniku w pobliżu, z głowami na plecakach, śmiejąc się z siebie nawzajem. Po odświeżeniu się w albergue, chcemy iść zwiedzać miasto. Jakież jest moje zdumienie, kiedy drzwi hotelowej windy otwierają się i wysiada z niej… Daniel, jeden z Kanadyjczyków poznanych na samym początku Camino! Okazało się, że reszta też tu jest. Myślałam, że nie uda mi się już ich zobaczyć, a jednak, dogonili mnie. Powitaniu z Kanadyjczykami towarzyszy pożegnanie z Włochami, którzy idą dziś dalej.

Ja, Marcos i Roberta zwiedzamy Burgos, które całkowicie mnie zachwyca. Najwięcej czasu poświęcamy przecudownej katedrze, która jest najpiękniejszą, jaką w życiu widziałam. Ogromna, o lekkiej, jakby ażurowej konstrukcji, pełna wieżyczek i dzieł sztuki. Marcos służy nam za przewodnika. Opowiada nam wszystko co wie, na przykład historię miłości walecznego rycerza Cyda, bohatera rekonkwisty, i pięknej doñi Jimeny, którzy spoczywają pod marmurową płytą w posadzce katedry. Zwiedzamy pozostałe zabytki – widzimy królewską bramę do miasta, pomnik Cyda na koniu, po drodze zatrzymując się na obiad na świeżym powietrzu i deser – pyszne churros con chocolate, czyli charakterystyczne dla Hiszpanii smażone w głębokim tłuszczu racuchy o podłużnym kształcie, obsypane cukrem, podawane z gorącą czekoladą. Udajemy się też do Museo de Atapuerca, muzeum Atapuerki, w którym znajdują się najważniejsze znaleziska z wykopalisk.

Siedzimy na tarasie albergue i wzruszamy się, wymieniając prezentami pożegnalnymi – jutro pójdziemy już bez Marcosa, który wraca do domu. Siedzimy, rozmawiamy, gdy nagle… na taras wpada z okrzykiem radości Miyae! Rzucamy się sobie w ramiona i piszczymy ze szczęścia. Okazało się, że po rozstaniu ze mną czuła się samotna, a potem zaczęła mieć problemy z nogami, więc obliczyła gdzie mogę się teraz znajdować i złapała autobus do Burgos. Bardzo się cieszy, gdy dowiaduje się, że Kanadyjczycy też tu są. Wieczorem idziemy w czwórkę na kolację na świeżym powietrzu. Przy jednym stole siedzą Polka, Włoszka, Hiszpan i Koreanka – możliwe tylko na Camino!

Wspaniały był ten dzień w Burgos – dzień spotkań, radości i śmiechu. Pewnie dlatego Burgos pozostało we wspomnieniach moim ulubionym miastem z trasy. Noc była bardzo gorąca i duszna, więc położyliśmy się na karimatach i w śpiworach na balkonie. Na świeżym powietrzu, pod gołym niebem było cudownie. Nad nami widoczna była jedna gwiazda. Postanowiliśmy wspólnie się pomodlić i w niebo wybrzmiała modlitwa w trzech językach. To był jeden z momentów prawdziwie magicznych. 


magia poranka

pielgrzym na wesoło:)

wagabundzi podczas odpoczynku

brama królewskiego miasta

wnętrze przepięknej katedry

katedra w Burgos


pomnik mężnego Cyda



sobota, 12 lutego 2011

Wrzosy, neandertalczycy i garść myśli

25.08.2010
Od rana szłam sama - pod górę, podziwiając cudowny wschód słońca, potem łagodne górskie szczyty pasma Montes de Oca, wreszcie las i drogę wśród wrzosów i paproci. Było przepięknie. Zatrzymałam się w pewnym momencie na wzgórzu przy pomniku, by odczytać napis na nim widniejący. Upamiętniał ofiary wojny domowej, zamordowane w tym miejscu przez ludzi generała Franco. Gdy tak stałam i czytałam tablicę pamiątkową na monumencie, dołączył do mnie... Marcos! Aż do San Juan de Ortega szliśmy razem, gadając... po hiszpańsku. Moje umiejętności wysłowienia się wtedy w tym języku były jeszcze dość nikłe, ale rozumiałam już za to bardzo wiele i o dziwo, rozmawialiśmy całą drogę. Udało nam się nawet poruszyć tematy historyczne i inne ważne sprawy. Powiedział mi też, że jestem bardzo odważna, że tak przyjechałam na Camino sama. Przyznałam, że się bałam, ale powiedział, że każdy z nas się boi i ważne jest, czy mimo to działamy, czy robimy to co chcemy mimo strachu. Poczułam się wtedy jak naprawdę silna kobieta;)
W San Juan de Ortega rzuciliśmy okiem na fasadę monasteru, zjedliśmy w barze przepyszne empanadas z tuńczykowym nadzieniem, a chwilę potem z radością spostrzegliśmy nadchodzącą Robertę. Dołączyliśmy do grupki, w której szła, w której kilku bardziej doświadczonych pielgrzymów opowiadało niezwykle ciekawe historie. Tak, o dość wczesnej godzinie bo chyba jeszcze przed południem, dotarliśmy do Atapuerca.
W Sierra de Atapuerca, w pobliżu miasteczka znajduje się ważne stanowisko archeologiczne. Odkryto tam najstarsze w Europie szczątki przodków człowieka, mające nawet do miliona lat! Za namową Marcosa, który jest pasjonatem archeologii i znawcą tematu, poszliśmy zwiedzać park archeologiczny. Marcos wytrwale relacjonował nam bardziej przystępnymi słowami opowieści pani przewodnik, a nawet sam dopowiadał więcej szczegółów. Patrzyliśmy jak przewodniczka stara się rozniecić ogień dawną metodą (niestety, nie powiodło się, choć strzelały już iskry;) potem Włosi wytrwale próbowali powtórzyć ten wyczyn w ogrodzie albergue - niestety również bez skutku) i nawet można było spróbować strzelania z łuku.
Do Atapuerca docierają też nasi pozostali Włosi. Także idą zwiedzać park, a my robimy w sklepie zakupy na wspólną kolację. W budynku informacji załapujemy się na darmową gorącą czekoladę i ciastka dla pielgrzymów, a potem siadamy na trawie na placu zabaw, w cieniu i rozmawiamy w trójkę, ciesząc się sjestą.

Jest mi niesamowicie dobrze. Trochę się tylko boję, bo wiem, że z tymi ludźmi, do których znów się przywiązałam, także będę musiała się rozstać i w ciągu kilku dni nasze drogi się pewnie rozminą... ale o tym jeszcze teraz nie myślę, rozkoszuję się chwilą, mrużę oczy w blasku słońca, dotykam chłodnej soczyście zielonej trawy, wdycham spokój leniwego popołudnia, rozmawiam z Robertą i Marcosem. Jest mi dobrze. Tak jak powiedział Włoch Andrea, wrastam coraz bardziej w atmosferę Camino, z każdym dniem więcej i więcej. Jestem jednocześnie sama, wolna, niezależna. Wyruszam rano samotnie, idę swoim tempem, po drodze lub wieczorem w albergue rozmawiam z ludźmi... Z niektórymi wymieniam pozdrowienia, z innymi się zaprzyjaźniam. Coraz bardziej się też otwieram, przełamuję. Odkrywam piękno. W świecie, w ludziach, w sobie. A to dopiero początek, przecież został jeszcze miesiąc podróży... Tyle wrażeń mam już za sobą, a ile jeszcze może się zdarzyć? Przez miesiąc... a potem nowe życie. Choć na razie wydaje mi się ono trochę nierzeczywiste. Przyzwyczajasz się do drogi, do tego, że codziennie wstajesz rano i po prostu idziesz... Każdego dnia widzisz drogę do pokonania, przed sobą masz cel. Co dzień droga cieszy cię tak samo, ale też daje tyle samo trudu i potu. Tak jak powiedział ksiądz z Grañón, a potem Andrea i Marcos - ważne jest, by po powrocie do domu żyć tak jak na Camino, podążać za tym, być otwartym, pomagać ludziom, zmieniać się. By to nie zakończyło się w Santiago.

Znów wspólnie przygotowana kolacja w gronie głównie włoskim - Andrea, Luca, Michelangelo, Federica, Mira, Roberta - trochę hiszpańskim - Marcos - i nieco polskim - ja. Kolacja jest jakby pożegnalna, bo jutro prawdopodobnie ostatni dzień z Włochami i Marcosem, tylko Roberta kontynuuje trasę dalej do Santiago.  Późno wieczorem idziemy jeszcze do baru posiedzieć, śpiewamy, cieszymy się, ale czuć atmosferę nadchodzących pożegnań. Znów czuję jakby coś się kończyło, kolejny etap Camino, niczym kolejny rozdział w życiu. Pierwszy przebyty był ze znajomymi z Orisson - Miyae, Kanadyjczykami, Francuzkami. Przejście przez Pireneje wydaje mi się tak dawne i odległe, jakby działo się to w innym życiu, czasie, w inne wakacje... Drugi etap rozpoczął się w Villamayor de Monjardin i był głównie przebyty wesoło, z Włochami, Robertą i Marcosem. I ten etap kończy się dziś, i znów nadejdą smutek i melancholia. Jak w życiu. Ile jeszcze etapów czeka mnie na drodze? Muszę znów otworzyć się na to, co ma przyjść. I czekać.

Dodatek praktyczny:  Aby zobaczyć stanowiska archeologiczne w Sierra de Atapuerca, należy zapisać się na autokarową wycieczkę. Niestety, w dzień gdy tam dotarliśmy, wszystkie miejsca były już zajęte i pozostało nam tylko zwiedzanie parku. Podobno jednak bardziej się to opłaca, gdyż park jest miejscem naprawdę ciekawym, zaś wszelkie znaleziska z wykopalisk zostały wywiezione i znajdują się w muzeum w  pobliskim Burgos.

Montes de Oca - "Góry Gęsie";) - łagodne, wrzosowe...

wschód słońca w Montes de Oca

pod koniec sierpnia góry te są królestwem wrzosów

pomnik upamiętniający ofiary Guerra Civil

w Parku Archeologicznym w Atapuerce

ostatnia wspólna włosko-polsko-hiszpańska kolacja w takim gronie

czwartek, 3 lutego 2011

Śmiech, radość i wieczny pielgrzym

24.08.2010
Opuszczałam Grañón pełna entuzjazmu, wewnętrznej radości i nadziei, w przeczuciu wspaniałych dni, jakie jeszcze są przede mną. Szłam przez pola, oglądając się na miasteczko, które zostawiałam za sobą, a które dostarczyło mi tyle szczęścia. Zza chmur oświetlone było pomarańczowym blaskiem wschodzącego słońca. Szłam sama i... śpiewałam na głos! Czy to nie oznaka przemiany? Jeszcze dwa dni temu na pytanie Simona odpowiedziałam, że nie, nie podśpiewuję sobie nigdy kiedy idę samotnie. W takim nastroju minęłam tablicę informacyjną, z której dowiedziałam się, że właśnie opuszczam region La Rioja i wkraczam do nowego. Rysował się przede mną cały przebieg Camino przez region Castilla y León. Na drodze pojawiła się jakaś wioska, potem druga. Zaczęło nieco padać, więc wyjęłam moją pelerynę. W chłodzie szło się lżej i całkiem przyjemnie. Zatrzymałam się na odpoczynek w miejscu, gdzie narodził się i został ochrzczony św. Dominik (ten od Santo Domingo de la Calzada). Tablica informowała o życiu tego świętego, który poświęcił je całe na pomoc pielgrzymom i budowę dróg, mostów i udogodnień na trasie Camino.

Wstałam i ruszyłam w dalszą drogę i... spotkałam Marcosa. Kojarzyłam tego niezwykłego (blondwłosego i błękitnookiego) Hiszpana z wczorajszego wieczoru w Grañón, toteż uśmiechnęliśmy się do siebie i spróbowaliśmy się porozumieć. Niestety, nie zna angielskiego, a ja w hiszpańskim czułam się wtedy jeszcze dość niepewnie. Mimo to wysiliłam się jak tylko mogłam i nawiązała się nić komunikacji, a w następnej chwili zobaczyliśmy siedzącą obok i odpoczywającą... Robertę! Włoszka i Hiszpan wybuchnęli na swój widok głośnym śmiechem i okazało się, że poznali się już dzień przedtem, w jakichś zabawnych okolicznościach (Roberta ze śmiechem pytała Marcosa czy znów się zgubił?! Jak się potem okazało, miał do tego znaczne tendencje;). Reszta tego dnia upłynęła błyskawicznie, wśród głośnego śmiechu i radości. Szło nam się wspaniale, śpiewaliśmy przeróżne piosenki, udawaliśmy orkiestrę, gadając jakąś dziwną mieszaniną włosko-hiszpańskiego z domieszką angielskiego, a jednak rozumiejąc się fantastycznie i bawiąc się znakomicie. Miałam zatrzymać się tego dnia w Tosantos, ale dotarliśmy tam zbyt prędko i postanowiliśmy ruszyć dalej - do Villafranca Montes de Oca. Przed udaniem się do albergue zjedliśmy jeszcze obiad w barze, bo po dotarciu do miasta byliśmy głodni i wykończeni, ale bardzo rozradowani. 

To cudowne - zobaczyć piękno w tych zmęczonych, spoconych, brudnych, ale wolnych i szczęśliwych ludziach. Każda z osób, jakie poznaję na Camino jest inna, każda ciekawa, każda ma własną historię, każda piękna jakimś wewnętrznym światłem swojej osobowości, choć każda innej narodowości, wszystkie tak różne od siebie.

Włosi też zatrzymali się w Villafranca, więc na kolację poszliśmy na menu peregrino do luksusowego hotelu, wszyscy razem - oni, ja, Roberta i Marcos, sympatyczne starsze małżeństwo Niemców i jeszcze kilkoro innych pielgrzymów, a także najbardziej interesująca osobistość - starszy, wesoły mężczyzna zwany José Antonio García Peregrino. Opowiedział nam swoją niezwykłą historię - w drodze był od bodajże ośmiu lat.  Pochodzi z Kadyksu. Niegdyś był marynarzem i statek, na którym służył, uległ katastrofie i zatonął. Prawie wszyscy jego towarzysze zginęli, a on modlił się o ocalenie do Maryi, obiecując jej, że jeśli przeżyje, odwiedzi wszystkie sanktuaria na świecie, jakie zdoła. Udało się. Od tamtej pory zwiedził pół świata - był  nawet w Bangladeszu, w Ameryce Południowej, w naszej Częstochowie. Po Camino został mu jeszcze Rzym. José pokazał wycinki z gazet na swój temat, liczne wywiady. Jego historię można odnaleźć na stronach internetowych. Dla takich spotkań jak to i wysłuchania takich historii, warto iść Szlakiem św. Jakuba. W jakiś czas po powrocie przeczytałam na forum, że wiele osób spotykało José Peregrino w różnych miejscach na trasie i... w różnym czasie. Wiele osób twierdzi, że jest oszustem, który żyje z wędrowania po Camino i opowiadania swojej historii - by inni pielgrzymi, tak jak my, poruszeni, zapraszali go na kolację czy płacili za noclegi. Nie wiem, nie dane mi jest to osądzać, jednak ja wierzę, że jego historia jest autentyczna. Wywarł na mnie ogromne wrażenie i wierzę, że mówił prawdę. Po cudownym wieczorze przy wyśmienitej kolacji wracaliśmy z Marcosem do albergue. Na niebie świecił ogromny, piękny księżyc w pełni.

Dodatek praktyczny: Praktycznie w każdej miejscowości po drodze dostać można tzw. "menu peregrino" - menu pielgrzyma. Zwykle kosztuje ok. 8-10 euro, ale opłaca się bardziej niż zamówienie innego  pojedynczego posiłku, bo zazwyczaj jest o wiele tańsze, a składa się z pierwszego dania, potem drugiego, a potem jeszcze deseru, do tego podają pieczywo i zwykle w cenie jest jeszcze wino lub woda. Można wybierać z kilku propozycji, na pierwsze danie może to być na przykład ensalada mixta (świeża sałata z pomidorami, tuńczykiem, oliwkami i wszelkimi innymi pysznościami), pasta (makaron), fabada (tłusta zupa z fasolą i mięsem, coś w stylu fasolki po bretońsku), czy też paella (typowe hiszpańskie danie z ryżu, zwykle z owocami morza). Drugie danie zwykle zawiera jakieś mięso bądź rybę i np. frytki, natomiast na deser można dostać lody, słynny hiszpański budyń flan lub powiedzmy ryż na mleku (arroz con leche). W Galicji słynny jest pyszny, słodki, migdałowy placek zwany Tarta de Santiago. 

przebieg Camino przez region Kastylia-León

rzut okiem wstecz na słońce wschodzące nad gościnnym Grañón

patriotyczny symbol - Santiago jako Matamoros ("Zabijający Maurów")





sympatyczne miasteczko, w którym zatrzymaliśmy się na drugie śniadanie

pustelnia

ta budowla zdaje się pamięta Wizygotów

Marcos, Roberta i ja - przyjaźń, trwająca do dziś

wykwintna kolacja w międzynarodowym gronie pielgrzymów

niedziela, 30 stycznia 2011

Miejsce pełne miłości

 23.08.2010
Wychodząc rankiem z Azofry dołączyłam do Roberty, Włoszki spotkanej już raz w Ventosie. Szłyśmy razem całą drogę do Santo Domingo de la Calzada, rozmawiało nam się wspaniale. Roberta jest cudowną, radosną osobą o głośnym, zaraźliwym śmiechu. Tryska energią i chęcią do życia. Jest na życiowym rozdrożu, właśnie straciła pracę i na Camino myśli, co robić dalej ze swoim życiem. Zaprzyjaźniam się też bardziej ze znajomą już resztą Włochów. W Santo Domingo de la Calzada zwiedzamy przepiękną katedrę. Plecaki zostawiamy w schowku i wchodzimy w cienisty świat natchnionej muzyki, wszechobecnych arcydzieł sztuki i legend. Nagle w ciszy katedry oprócz anielskich chórów wydobywających się z głośników, rozlega się też... donośne kukkurryku! Osobliwością tej świątyni jest bowiem... żywy okaz koguta, zamieszkującego wraz z kurą małżonką ozdobną klatkę. Znajdują się tu na pamiątkę dokonanego przez św. Dominika cudu. Otóż dawno temu, w średniowieczu, w pielgrzymkę do grobu św. Jakuba wybrała się niemiecka rodzina z synem. W młodzieńcu zakochała się córka właściciela gospody, w której zatrzymali się na nocleg. Gdy chłopak odrzucił jej względy, w ramach zemsty podrzuciła mu do torby kosztowności i oskarżyła o kradzież. Został skazany i powieszony, a jego smutni rodzice udali się sami w dalszą drogę. Gdy kilka tygodni później wracali tą samą trasą, zastali swego syna na szubienicy całkiem żywego, twierdzącego że św. Dominik ocalił mu życie. Szybko pobiegli do burmistrza z prośbą o uwolnienie go. Burmistrz wysłuchał ich podczas obiadu i z kpiną oznajmił, że to niemożliwe i ich syn jest tak samo żywy jak kurczaki na jego talerzu, które właśnie zamierza zjeść. W tym momencie kurczaki ożyły i zapiały donośnie!

Po zwiedzaniu rozdzielamy się i znów zostaję sama. Bezradnie rozglądam się za żółtymi strzałkami, wreszcie pytam o drogę i idę za jakimś uczynnym mieszkańcem miasta. Po paru krokach jednak znów zatrzymuję się i rozglądam z zakłopotaniem, zgubiwszy ślad. W tym momencie podchodzi do mnie uśmiechnięta staruszka. "Camino? Por aquí!" - wskazuje ręką drogę i po chwili jestem z powrotem na szlaku. W tym dniu zgubiłabym drogę jeszcze raz, gdyby nie jakieś starsze małżeństwo pielgrzymów, którzy zaczęli krzyczeć za mną i zwrócili moją uwagę, bym wróciła na dobrą trasę. Dzięki ludzkiej życzliwości nie musiałam błądzić i nadrabiać kilometrów, a trasa w pełnym słońcu i tak była dość męcząca.

Do Grañón doszłam wśród niezmierzonych pól słoneczników, z daleka widząc już wyłaniającą się z morza kwiatów wieżę kościoła. Albergue mieści się właściwie w jego budynku, a jest jednym z najbardziej niesamowitych miejsc na Camino, w jakich dane mi było się zatrzymać. Śliczne, przytulne, z cudowną atmosferą. Wkrótce po mnie dołączyli tu też wszyscy Włosi. Hospitaleros (gospodarze) przywitali nas z otwartymi ramionami, a spotkały mnie już na wstępie trzy niespodzianki - najpierw perfekcyjna polska mowa w ustach starego Niemca, następnie nietypowe sello (pieczątka) w postaci... buziaka w policzek, a potem informacja, że wszystkie cudowności tego miejsca są za... donativo ("co łaska").
Rozłożyliśmy nasze rzeczy na materacach na poddaszu i zeszliśmy do wspólnego salonu - nie mogłam napatrzeć się na uroki tego miejsca - kominek, ściany pełne wizerunków świętego Jakuba, symboli Camino i wszelkich symboli chrześcijańskich, ozdoby, drewniany stół... Michelangelo zasiadł do pianina i rozpoczął przepiękny koncert, my siedzieliśmy zasłuchani. Gdy przybyli już wszyscy pielgrzymi, rozpoczęło się wspólne przygotowywanie posiłku pod okiem niemożliwego, wesołego kucharza pochodzącego z Libanu. Jedliśmy wszyscy wspólnie przy stole, wcześniej uczestnicząc jeszcze w niezwykłej mszy w kościele, po której nastąpiło błogosławieństwo pielgrzymie w kilku językach. Przy kolacji rozmawiałam z Niemcem, który był tu wraz z rodziną - córką, synem, wnuczką - a polski znał, bo długi czas mieszkał na terenie Śląska. Poznałam też wędrującą z matką Peruwiankę mieszkającą na stałe w Szwecji i spotkaną już raz wcześniej Amerykankę Sarah. Późnym wieczorem zebraliśmy się na chórze kościoła, stanęliśmy w kręgu, a z rąk do rąk zaczęła krążyć zapalona świeca. Ten kto ją trzymał, miał powiedzieć innym kilka słów od siebie - rozbrzmiały słowa w wielu różnych językach. Na koniec wymienialiśmy się uściskami - obok mnie stał jasnowłosy Hiszpan, którego jeszcze nie znałam, ale który wkrótce też miał stać się jednym z moich przyjaciół.

Tym, co zdumiewa najbardziej, jest bezinteresowność tego miejsca. To, że otrzymuje się tu tak wiele, a nie jest ono wcale nastawione na zysk. Niesamowite.

klatka z kurą i kogutem

Santiago Peregrino

katedra w Santo Domingo de la Calzada

Grañón ukryte wśród słoneczników

:)

cudowne albergue w Grañón

... bo w Hiszpanii jest zawsze fiesta!;)

witraż przedstawiający pielgrzyma w kościele w Grañón

sobota, 22 stycznia 2011

Ludzie, ludzie i refleksje

 22.08.2010
Krótki etap do Azofra. Jest niedziela. Niestety, okazało się, że msza jest jedynie raz dziennie, rano. Kościół zamknięty na cztery spusty. Robię zakupy u przesympatycznego hiszpańskiego sprzedawcy i tylko jednego nie mogę do końca zrozumieć - że w niedzielę otwarty jest tu sklep, a zamknięty kościół...
W drodze spotykam dwóch sympatycznych Hiszpanów - Diego i Jordiego, właściwie pierwszych hiszpańskich pielgrzymów, z którymi wdaję się w rozmowę. Idą z Logroño do León, namawiają mnie żebym też poszła dalej, ale dziś nie daję się namówić tak jak poprzedniego dnia Simonowi, dziś zostaję w Azofra i odpoczywam. Siadamy w barze, czekając na otwarcie albergue, w cieniu parasola, który chroni przed upałem. Niedługo potem dołącza znajoma mi już grupa przyjaciół Włochów, okazuje się że też zostają dziś tutaj.

Najmilszą częścią Camino są spotkania z ludźmi. To takie miłe, kiedy obcy ludzie pozdrawiają cię, nieraz zwykłym "Hola!" a czasem dodając coś od siebie, np. "Buen Camino guapa" lub "Buen Camino joven" (guapa - ładna, joven - młoda; Buen Camino - Dobrej Drogi, typowe pozdrowienie ze Szlaku).

Ze spostrzeżeń o mnie samej potwierdza się jedno - nie lubię być sama, chcę być z ludźmi, choć jednocześnie trudno mi nawiązywać nowe znajomości. Choć wiem już też, że mimo wszystko potrafię. Wczorajszy dzień minął tak prędko dzięki Simonowi - fakt, jest nieco dziwny, w końcu to artysta - ale jednak bardzo dobry człowiek i świetnie się z nim rozmawia. Ma dużo niezwykłych nawyków i narzuca sobie sam dyscyplinę. Aż do powrotu do Londynu nie dotyka nikogo (jego "don't keep in touch" tyczy się zarówno fizycznego kontaktu jak choćby uściśnięcie dłoni, jak również komunikowania się przez internet). Od śmierci swojej babci, którą bardzo kochał, nie je czekolady bo zawsze jedli ją razem. Kupił za to czekoladę mnie i powiedział, że będzie bardzo szczęśliwy jak ją zjem. Pości też każdego 21-go dnia miesiąca, w dzień śmierci, babci i tak już od kilkunastu lat. Ciężkie było to na Camino, przez cały dzień wysiłku w upale pił tylko wodę, za to słyszałam w nocy jak wstawał o północy i szeleścił torebkami z jedzeniem. Bardzo oryginalny człowiek.

Camino to naprawdę zbiorowisko ciekawych osobowości. Uświadamia mi też, że kocham ludzi, wszystkich. Są tak ciekawi, każdy tak bardzo różni się od siebie, każdy ma też do opowiedzenia własną, interesującą historię. Z różnymi ludźmi spotykam się na Camino, z niektórymi gadam tylko przez chwilę niektórych jedynie mijam, a z innymi nawiązuję głębszą więź czy prowadzę poważniejsze rozmowy. Tak bliscy mi byli ludzie z początku mojej drogi - szczególnie Miyae czy Kanadyjczycy, a teraz Simon choć poszedł szybko dalej i prawdopodobnie już się nie spotkamy. Po drodze był jeszcze Grzesiek, była Jennifer ze schroniska w Villamayor de Monjardin, są Włosi czy inni - Hiszpanie, Niemcy - każda, nawet najkrótsza rozmowa, każdy uśmiech tutaj jest szczery, daje wsparcie, łamie stereotypy. W pokoju jestem dziś z przesympatyczną Niemką o tym samym imieniu co ja - Aleksandra. (Tak tak, albergue w Azofra ma dwuosobowe pokoje).

Sfilmowaną mam też ciekawą kronikę kulturową - najpierw grającego na akordeonie i śpiewającego polskie piosenki góralskie pana Andrzeja, potem Miyae z jej koreańską piosenką tradycyjną, Simona "odgrywającego" swoje wiersze, a dziś jeszcze śpiewających Włochów.
Czas też chyba zadać sobie jakieś fundamentalne pytania.
Dlaczego idę?
Czego szukam na Camino?
Co mam nadzieję tu znaleźć?
Dlaczego Bóg wysłał mnie tu samą? - to pytanie, które pojawia się w moim przypadku jest ważne. Wydaje mi się, że wiem dlaczego i nie żałuję, że tu jestem. Mnóstwo ludzi wyrusza samemu i samemu łatwiej jest być otwartym na innych, lepiej zajrzeć w głąb siebie, lepiej walczyć ze swoimi słabościami. Udowodniłam już sobie, że umiem być niezależna, i że umiem pokonać swoje bariery, że umiem też być odważna. A mimo to wciąż trudno jest zrozumieć czemu jestem tu sama - czemu nie potoczyło się po mojej myśli.
Czy kiedy wrócę do domu, będę inna? Lepsza? Silniejsza? Bardziej otwarta? Czy mam się zmienić, czy wręcz przeciwnie - polubić i zaakceptować to wszystko, czego w sobie zmienić nie umiem?

Grałam z Włochami w karty na pięknym dziedzińcu albergue - było bardzo śmiesznie i wesoło. No i znów - wystarczyło się przełamać, uśmiechnąć, podejść, odezwać się. Co z tego, że są zgraną paczką przyjaciół? Na Camino każdy to przyjaciel. Przyjęli mnie radośnie i sympatycznie. Wiele kosztuje nieśmiałą osobę, by zebrać się w sobie i wyjść do ludzi, przełamać się, wyzbyć skrępowania i sztuczności. A tak niewiele potrzeba.
I znów dziwy na Camino, znów magia... Głupio było mi znów dołączać do nich jeść, i gdy zastanawiałam się w pokoju co robić, czy wychodzić czy nie - do drzwi sam zapukał Michelangelo, ogłaszając że kolacja stoi gotowa na stole. Zaprosili też spontanicznie 70-letniego mężczyznę ze Szwajcarii i to było to, co  wreszcie uczyniło ten dziwny dzień magicznym. 

Mężczyzna poszedł do Santiago pieszo, od progu swojego domu. Teraz wraca z powrotem (!) - w jedną stronę szedł za swego zmarłego rok temu brata, w drugą za siebie. Reszta jego rodzeństwa zginęła podczas II wojny światowej. Z żoną są w separacji, ale nadal bardzo często się widują, spędzają razem wakacje i dalej ją kocha, uważa ją za najpiękniejszą na świecie kobietę. Pokazuje nam jej zdjęcia, które nosi ze sobą w portfelu. Dwóch z ich synów zmarło z powodu choroby genetycznej, trzeci z jej powodu nie może lub nie chce mieć dzieci. Szwajcar marzy o byciu dziadkiem, ale wie, że to nie ma już szans się spełnić... na Camino łatwiej mu myśleć.
- Każdy dźwiga swój bagaż, jakieś swoje brzemię - mówi ze łzami w oczach staruszek, pokazując na swoje barki, jednak każdy wie, że nie ma na myśli plecaka - Tutaj jest łatwiej je nieść.

Andrea (jeden z Włochów) jest bardzo mądry. Powiedział, że każdy coś zyskuje na Camino. Jeśli nawet przybywamy tu bez pytań, nie wiedząc czego szukamy, to one się pojawią, znajdziemy to, czego potrzebujemy, nawet jeśli nie wiemy jeszcze co to jest. Najważniejsze to starać się nie stracić tego, co zyskamy, tego człowieczeństwa, które odkryjemy. 

winnice

cudowna Nájera

pustynna droga sprzyja refleksjom

ukwiecone okna Azofry

Dodatek praktyczny: Nie bój się wyruszyć sam/sama. Niezależnie od wieku, płci, doświadczeń w podróżach, sprawności fizycznej czy znajomości języków. To naprawdę nie ma znaczenia - niezależnie od wszystkiego, jeśli bardzo tego chcesz - poradzisz sobie. A jeśli Twoją przeszkodą czy barierą jest tylko lęk przed samotnym wyruszeniem na szlak, lęk o własne bezpieczeństwo bądź o samotność - nie wahaj się ani chwili. Naprawdę warto. Nigdy nie będziesz czuć się samotnie. Nigdy zagrożony/a. Na nowo uwierzysz w ludzi, w piękno życia i świata, w wartości i dobro, które drzemie w człowieku. Naprawdę warto. Ja pojechałam na Camino zupełnie sama, mając 19 lat. Naprawdę bardzo się bałam. A nie było czego :)

środa, 12 stycznia 2011

Bezcelowość planowania i galeria osobowości

 21.08.2010
Jedno jest pewne - planować nic na Camino nie warto. Nawet jeśli mamy takie skłonności by wszystko mieć dobrze przemyślane, zaplanowane i dopięte na ostatni guzik, Droga sprawi, że szybko się ich wyzbędziemy. Jest to jeden z elementów wędrówki, który uczy nas jak żyć. Czy nie raz zdarzyło się, że długo coś planowałeś, marzyłeś, myślałeś i... musiałeś przełykać gorzkie łzy rozczarowania? Lepiej zdać się na los  i nie planować- "najlepsze rzeczy przydarzają się nam, kiedy najmniej się ich spodziewamy". Nic nie oczekiwać, niczego nie planować, wszystko co przyjdzie przyjmować z radością - tego właśnie uczy Camino. Mnie pierwszą lekcję dało jeszcze w domu przed wyjazdem, bo nieco inaczej miała ta wyprawa wyglądać. A potem były kolejne lekcje - na trasie wszystko jest nieprzewidywalne. Można zaplanować sobie idealny etap dnia, nastawić się na nocleg w wybranym skrupulatnie z przewodnikiem w ręce miejscu... a potem być zmuszonym iść jeszcze kilka kilometrów. Bo nie ma miejsc. Albo schroniska już nie ma, wcale. Takie i inne niespodzianki się zdarzają i uczą otwartości i cierpliwości.

Zmęczona wczorajszą drogą do Viany, postanowiłam zrobić sobie dziś etap wypoczynkowy, ok. 22 km. Być może udałoby mi się to, gdybym nie spotkała Simona.
Trafiłam na niego od razu po wyjściu z albergue, dosłownie tuż za bramą na ulicy prowadzącej ku wyjściu z miasta, jeszcze po ciemku. Szedł z centrum, od strony innego schroniska i cóż, spojrzeliśmy na siebie i po prostu zaczęliśmy gadać.
Galeria postaci, osobowości i charakterów, jakie można spotkać na Camino jest niezmierzona. Simon był jednym z najbardziej ekscentrycznych i dziwacznych ludzi, których spotkałam, ale i jednym z najciekawszych. Anglik (choć użalający się na swój kanadyjski akcent), łamie jednak stereotyp małomównego i zamkniętego w sobie mieszkańca Wysp. Mimo wieku 50 lat, czuje się bardzo młodzieżowo - i wygląda też dość specyficznie. Oprócz plecaka, na ramieniu niósł różową torbę w świnki, a przed słońcem chronił się pod czarną parasolką. Wędrówka upływająca na rozmowie, mijała błyskawicznie.
Razem dotarliśmy do Logroño - stolicy słynącej z wyśmienitego wina prowincji La Rioja, której granicę niedawno przekroczyliśmy, zostawiając za sobą Navarrę. Niedaleko przed wejściem do miasta napotkamy niepozorny stolik, gdzie można zakupić wodę, owoce, pamiątki, dostać sello (pieczątkę). Jest to miejsce  już słynne na szlaku, "założone" przez doñę Felisę, której dom znajduje się przy Camino. Zrobiła ona sobie własną pieczątkę i rozpoczęła stemplować credenciale. Doña Felisa niedawno zmarła, a "interes" przejęła jej córka. Drugie tego typu interesujące miejsce czeka nas w parku za miastem - namiot i stolik długobrodego starca o imieniu Marcelino. Przeszłam obok niego obojętnie, a wymieniając potem wrażenia z pewną Włoszką, dowiedziałam się, że to wspaniały człowiek, który pomagał oznakować Szlak i ofiarowywał każdemu pielgrzymowi wystrugany kij, muszlę i tykwę - pielgrzymie atrybuty. Włoszka z kolei jednak nie zatrzymała się przy stoliku doñi Felisy, co skłoniło nas do refleksji, że każdy z nas idzie tą samą trasą, odbywa to samo Camino, a jednak droga każdego z nas jest inna, każdy przeżywa je inaczej i wszystko to, co nas spotka, zależy często od tego w którym miejscu się zatrzymamy, czy na jakich ludzi trafimy. Camino dwóch osób może być diametralnie różne, choć oboje będą szli na pozór tą samą trasą.
W Logroño zgubiłam Simona, a raczej grzecznie pożegnał się i postanowił przyspieszyć, zostawiając mnie z (jak się okazało, tylko 5 dni ode mnie starszą) Litwinką, do której przyłączyliśmy się u wejścia do miasta. Prędko okazało się, że nie jest to osoba, z którą mogłabym się zaprzyjaźnić tak jak z Miyae. Od razu zaczęła narzekać, że nie podoba jej się, że w schroniskach jest tak wielu ludzi, że musi z nimi rozmawiać i że nie lubi, gdy pyta się ją o motywy podjęcia przez nią wędrówki. Gdy Simon poszedł przodem, ona została z tyłu, a ja znów kontynuowałam marsz samotnie.
Dzień był przepiękny. Słońce grzało, a ja znalazłam się w wielkim parku na obrzeżach miasta. Była sobota, więc pełen był on Hiszpanów, spędzających swój wolny czas uprawiając sporty, bądź wypoczywając. Drzewa otaczały jezioro, wszystko było doskonale oznakowane żółtymi strzałkami, nie sposób się zgubić. Pięknie, ale... nudno. Zbyt cywilizowanie. Szłam i szłam, tęskniąc za momentem aż znowu znajdę się poza miastem, wolna wśród hiszpańskich krajobrazów. Ku mojemu zdziwieniu, nagle ujrzałam na ławce Simona. Ucieszył się na mój widok i oznajmił, że czekał tu na mnie, bo bardzo dobrze mu się ze mną gadało. Ze zdziwieniem zauważył, że z młodej Litwinki, choć była na pozór miła, emanowała jakaś negatywna energia, zaś ze mnie - choć jesteśmy w tym samym wieku, takie podobne - pozytywna. Znów wpadliśmy więc w dobry rytm i prędko dotarliśmy do Navarrete, gdzie planowałam zatrzymać się na noc. Podczas postoju Simon zaczął mnie jednak usilnie namawiać, żebym poszła jeszcze kilka kilometrów dalej. Dzień był uroczy,  godzina wczesna bo dopiero dochodziło południe, a kolejne albergue - w oddalonej o 7 km Ventosa - polecane w przewodniku. Zmieniłam więc moje plany i poszliśmy dalej.
Z początku szło się szybko i przyjemnie, znów znaleźliśmy się wśród przyrody - typowo riojańskiej, bo wśród szeroko się ciągnących krzaków winogron. Okazało się, że Simon jest poetą, pracuje w teatrze i podczas postoju w samym środku pola winnicy, rozpoczął prezentować mi swoje wiersze, recytując je w sposób niezwykle ekspresyjny. Nakręciłam jego przedstawienie, bardzo rozbawiona, bo miałam już nagrany niezły materiał na film o artystycznych duszach Camino, i poszliśmy dalej, zagadani, śpiewając na zmianę piosenki (wiecie jak zabawnie brzmi "Rota" w rozgrzanym jak piec pustkowiu wśród krzaków winogron gdzieś w Hiszpanii?). 
Mniej zabawnie zrobiło się, gdy nagle zorientowaliśmy się, że dość dawno nie widzieliśmy nigdzie żadnej żółtej strzałki. Szliśmy w stronę widocznego w dali miasteczka, tylko że na kilometr przed nim okazało się, że... ma jakąś inną nazwę niż to, do którego zmierzaliśmy. Nasze zgubienie się przypadło na najgorętsze godziny dnia, ani odrobiny cienia. Dotarliśmy do szosy, zatrzymaliśmy przejeżdżający samochód - Simon poleciał z przewodnikiem w ręku do kierowcy, sympatycznego długowłosego Hiszpana, który jednak niezbyt umiał nam pomóc. Nie było innej rady - trzeba było zawrócić. Po jakimś czasie zagadka się wyjaśniła - żółte strzałki odnalazły się, zobaczyliśmy, że szlak odbija na prawo - słupek z muszlą ukryty był wśród zarośli, zagadani, musieliśmy go przegapić. Za karę nadrobiliśmy parę kilometrów, a reszta drogi do Ventosy była żmudna i mordercza. Choć ledwo trzymałam się na nogach ze zmęczenia, udało mi się jeszcze docenić urok zielonych wzgórz, dominujących w krajobrazie wokół Ventosy i stary kościół.
Do albergue wczołgaliśmy się ledwo żywi, a było to najcudowniejsze miejsce, jakie można sobie wyobrazić - przywitano nas szklanką zimnej wody! Atmosfera była gościnna, poza tym było naprawdę śliczne. Na kolację zjadłam zupkę knorra i bagietkę z uwaga... małżami, mejillones. Odświeżeni, poszliśmy wypoczywać wśród zieleni ogródka, gdzie poznaliśmy wesołą Włoszkę Robertę. Znajomość z nią przerodzi się w jedną z najważniejszych przyjaźni, jakie przywiozłam z Camino.

C.D.N.
codzienny cud słońca ;)

Logroño - stolica regionu La Rioja

zdawać by się mogło, że zgubić się nie sposób... a jednak

przepych katedr

cel - wciąż tak bardzo odległy

sobota, 1 stycznia 2011

Ciemności, upał, samotność i... włoska życzliwość

 20.08.2010
Dzień rozpoczęłam wyjątkowo wcześnie - przed szóstą, w zupełnych ciemnościach już byłam na szlaku, prędko zostawiając za sobą oświetlony punkcik wioski Villamayor. Miałam przed sobą znów tak długi odcinek jak wczoraj, a chciałam jak najwięcej przejść bez upału.
Już po chwili obiecywałam sobie, że nigdy więcej nie wyjdę zupełnie sama w ciemnościach. "Stracha" miałam niezłego;) idąc ponad godzinę po ciemku, z latarką, sama przez puściutkie pola. No ale klimat był, to fakt.
Wschód słońca za to był jednym z piękniejszych na moim Camino. Wstawało powoli, a pomarańczowy blask wydobył z szarości nocy rozległe pola, wzgórza, stogi siana. Wraz z pojawieniem się słońca, zaczęły wyłaniać się też sylwetki pielgrzymów - musieli być całkiem niedaleko za mną lub przede mną, a nie spotkaliśmy się w ciemnościach. Zamieniam kilka słów z jakimiś Włochami, ale potem gubię ich i większość trasy idę już sama, nie spotykając prawie że nikogo.
Mijam urocze Los Arcos, które jednak rozczarowuje mnie trochę. Nie znalazłam żadnego otwartego sklepu, w powietrzu unosił się zapach jakby końskich odchodów, nawet piękna katedra była ku mojemu żalowi zamknięta. Wszędzie za to wisiały czerwone i białe chorągiewki. No tak, pewnie wczoraj odbywała się jakaś fiesta.
W Torres del Río kolejne ciekawe doświadczenie.
Trzeba wyobrazić sobie zalaną słońcem wioseczkę z piaskowca na wzgórzu, wśród spalonych słońcem pól. Życie toczy się tu leniwie - koty, ludzie... czas jakby się zatrzymał. Przychodzę ja - samotny wędrowiec - wchodzę do baru, skąd dobiegają dźwięki hiszpańskiej muzyki. Na kamiennych ścianach muszle - symbol Camino. Jedyny klient, Hiszpan, pozdrawia mnie buenos días, zamawiam bocadillo i café con leche, by mieć siły na dalszą drogę przez bezdroża Hiszpanii... czułam się jak w filmie.
Niestety, chwilę później już jak w tragedii. Droga do Viany - brak ludzi, brak cienia, brak wody, powietrze faluje w gorącu. Widoki są piękne, ale odcinki znów pod górę, a woda skończyła mi się jakieś 5 km przed Vianą - chyba bym umarła, gdyby nie parę jeżyn i winogron zerwanych po drodze. Przy wejściu do miasta - ławki i źródełka z wodą. Szybko napełniam butelkę i łapczywie piję. Jeszcze nigdy nie smakowała mi tak bardzo zwykła woda.
Za to sama Viana - przecudna. Albergue mieści się w starej, pięknej części miasta. Jest wygodne i świetnie wyposażone, mieści się tuż obok imponujących ruin starego kościoła, z "tarasem widokowym" na okolicę. Siedzę tam pod drzewem, w tym mieście z historią i piszę. Po sjeście idę na spacer po mieście, robię też zakupy. W sklepie spotykam Andreę - jednego z grupki młodych Włochów poznanych w Villamayor. Opowiada jak wyszli dziś rano po ciemku i zgubili drogę, by po godzinie błądzenia wrócić do punktu wyjścia i rozpocząć od nowa... cóż, tak też się zdarza. Zaprasza mnie też serdecznie dziś na wspólną kolację z nimi - nie chce w zamian ani pomocy w gotowaniu, ani pieniędzy na produkty. Po prostu chcą się podzielić.
Wieczór był przemiły. Włosi nagotowali mnóstwo pysznej pasty, prócz mnie zaprosili też jakieś dwie Francuzki. W ruinach kościoła rozgrywał się jakiś spektakl, który podglądać mogliśmy z okien albergue, a z "tarasu" nocą roztaczał się magiczny, przecudowny widok na światła miasta.

Dodatek praktyczny: Są odcinki, na których nie spotka się źródełek z wodą zdatną do picia. Dlatego najlepiej zorientować się wcześniej, czy będzie po drodze możliwość zaopatrzenia się w wodę, a jeśli nie, to zabrać ze sobą jej odpowiedni zapas. Ja, nauczona doświadczeniem tego dnia, następnym razem byłam już przezorna i wolałam mieć zbyt dużo wody w zapasie niż po raz kolejny umierać z pragnienia w falującym upale hiszpańskiego południa;)

wschód słońca

jak na pustyni

:)

Viana
ruiny kościoła sąsiadujące z albergue w Vianie