sobota, 16 kwietnia 2011

Święta miłość i mistycyzm

05.09.2010
Poznali się jeszcze w szkole, właściwie ich miłość była naturalna i oczywista. Mieli wspólne plany, chcieli się pobrać. Pewnego dnia, planując ślub, siedzieli i rozmawiali. Powiedziała, że bardzo go kocha, ale jest w niej jeszcze silniejsze pragnienie, jeszcze większa miłość - chciałaby poświęcić swoje życie Bogu. On wyznał, że też się nad tym zastanawiał. On został księdzem, ona zakonnicą. Oboje spełniają się wspaniale w swoim powołaniu, on jest szanowanym i lubianym proboszczem, ona wyjechała na misje. Widują się raz na kilka lat, piszą do siebie kilka razy do roku. Ich miłość pozostała na płaszczyźnie czysto duchowej. Historia wzruszająca, niczym rodem z życiorysów świętych - Franciszka i Klary, Teresy z Ávila i Jana od Krzyża... Doskonale pasująca do mozaiki ludzkich historii, tworzących magię Camino. Jak kolejny element układanki.

Historia prawdziwa.
Zatopiona w rozmowie z polskim księdzem, idę szybkim tempem i prędko docieramy do wioski. Tam orientuję się, że reszta została daleko w tyle i wyrywam się na wolność, idę dalej - z tęsknoty za moją samotną wędrówką. Znów czuję się swobodnie i szczęśliwie. W drodze przez las spotykam sympatycznego, hiszpańskiego staruszka z pobliskiej wioski, który prosi mnie, żebym zrobiła mu zdjęcie, a potem chce je zobaczyć i zaprasza mnie na ławkę koło siebie, bym odpoczęła i porozmawiała. Do Santibañez de Valdeiglesias dotarłam na dwie godziny przed otwarciem albergue. Wypiłam w barze café con leche i weszłam do kościoła. Msza już się skończyła, podeszłam po pieczątkę do dwóch starszych pań. Były niesamowicie życzliwe i stwierdziły, że idąc do Santiago, pójdę prosto do nieba :-)
Rozłożyłam się w cieniu domu na karimacie i czekałam na resztę. Po otwarciu albergue zarejestrowałam się wraz z Miyae i Martą, a potem... zaczęły się problemy. Jeden z dwóch hospitaleros, żywiołowy Włoch, kategorycznie nie zgadzał się na przyjęcie do schroniska innych Polaków, krzycząc, że nie wpuszcza zorganizowanych grup i muszą szukać innego noclegu. Próbowałam pomóc i perswadować i w końcu udało się wraz z pomocą drugiego z gospodarzy, młodego Czecha Lukasa. Atmosfera jednak pozostała napięta i utwierdziłam się w przekonaniu, że muszę odłączyć się od dużej grupy i ponownie zacząć pielgrzymować samotnie, kontynuując moje własne Camino. Nie była to łatwa decyzja, ale samodzielna i przemyślana - jedna z wielu, które musiałam już podjąć od początku tej wyprawy, decydując się na nią w ogóle. Tylko kolejna decyzja więcej. 
Albergue nie jest ciekawe, ale ma przyjemny zielony ogród. W jego zaciszu jemy, a potem prowadzimy długie rozmowy o Bogu. Wieczorem siadam jeszcze wraz z Miyae, Martą i Czechem Lukasem przy stoliku i podejmujemy - ja i Czech - dyskusję. Lukas jest bardzo intrygujący, ale i nieco dziwny. Z domu wyruszył rok temu na swoje drugie już Camino. Po drodze zostaje gdzieś jako hospitalero na parę miesięcy. Wcześniej był gdzie indziej, teraz jest tu. Kiedy ruszy dalej? Gdy chce zdecydować, po prostu rzuca monetą 5-centową, na której widnieje wizerunek katedry w Santiago. Jeśli wypadnie reszka - odpowiedź brzmi "nie", jeśli katedra - "tak". "Św. Jakub zdecyduje". Pokazuje nam też grę zwaną juego de la oca, bardzo popularną na Camino, podobno poszczególnym polom odpowiadają jakieś miejsca ze szlaku... Lukas dużo mówi o mistycyzmie, o spirytualności Drogi, o jej magii. Mówi, że Camino to inny świat, równoległy do rzeczywistości, oderwany od niej. Z normalnym światem mamy styczność tylko wtedy, kiedy korzystamy z wygód i usług - bierzemy autobus, przewozimy bagaż. Lukas, gdy nie miał pieniędzy na dalszą podróż, sprzedawał własnoręcznie robione naszyjniki z kamyków. Camino to jego sposób na życie. Nie podoba mi się tylko momentami jego sposób myślenia, New Age'owska filozofia, niczym z ksiązki Paula Coelho, którą próbuje przemycić. Sprzeciwiam się temu i podejmujemy dyskusję. Było to dla mnie bardzo interesujące i ciekawe zakończenie dnia.

Dodatek praktyczny: W regulaminie w credencialu faktycznie napisane jest, że zorganizowane grupy nie mogą spać w schroniskach dla pielgrzymów i powinny organizować sobie własne noclegi. Uznaje się za nieuczciwe przyjmowanie grupy, której na przykład towarzyszy autobus przewożący zbędny bagaż i "rannych", bo inni pielgrzymi zdani są sami na siebie i nie mają takich udogodnień. Oczywiście dotyczy to tylko schronisk parafialnych i gminnych, tak jak fakt, że nie można spędzać dwóch nocy w tym samym schronisku, chyba że jest się chorym lub kontuzjowanym i nie może się dalej iść. W prywatnych schroniskach, które są przecież nastawione na zysk, nikt się tym nie przejmuje. Sytuację taką jak w tym przypadku, że hospitalero kategorycznie i wściekle odmawiał przyjęcia grupy, widziałam co prawda pierwszy i ostatni raz, ale jednak trzeba mieć na uwadze, że wyruszając w grupie zorganizowanej nie zawsze znajdzie się nocleg w albergue - co w wielu przypadkach jest właściwie słusznym podejściem.


codzienny poranny rytuał

Hospital de Órbigo - miasteczko rodem ze średniowiecza

sympatyczny staruszek, który bardzo chciał zobaczyć się na zdjęciu:)

dzisiejszy finał

wśród zieleni ogrodu widać kościół...

... i pranie ;)

wraz z Miyae raczymy się lampką wina - darem czeskiego hospitalero i... dzielimy butami;)

piątek, 15 kwietnia 2011

Żyj tak jak kochasz, kochaj to czym żyjesz :-)

04.09.2010
Dziś idę już ponownie z moją Miyae, ale też z polską grupką - Martą, Emilką, Moniką i Markiem. Opuszczamy León jeszcze po ciemku, w drodze spotykając kobietę z Australii, która - jak wielu - rozpoczyna w tym mieście pielgrzymkę. Przy wyjściu z miasta ostatni raz żegnamy się z Kanadyjczykami - kochanymi Danielem i Claire, w ciemnościach, robiąc sobie wspólne zdjęcie na tle pomarańczowej łuny sygnalizującej na granatowym niebie zbliżanie się słońca. Jeszcze nie wiemy, że więcej nie uda nam się już spotkać przyjaciół. W naszej polskiej grupce rozmawiamy po angielsku, żeby Miyae mogła nas rozumieć, wybieramy alternatywną trasę do Villar de Mazarife. Po drodze poznaliśmy dwóch Izraelczyków (ojciec i syn, spotkam ich ponownie w Santiago w kolejce do biura pielgrzymów) i Rosjankę.

Ale najciekawsze było spotkanie z Duńczykiem, który idzie trasą Aragonés. Miał ze sobą śliczny, własnoręcznie wyrzeźbiony kij pielgrzyma, był bardzo wesoły i miał dwa powody, żeby iść.
Pierwszy - obejrzał kiedyś z żoną film na BBC o kobiecie, która długie lata była w żałobie po śmierci męża, ciągle ubierała się na czarno. Znajomi zabrali ją na Camino. Po powrocie odmieniła swoje życie, zapragnęła żyć na nowo. Schowała swój smutek głęboko w sercu i zaczęła nowe życie. To ich bardzo zainspirowało i zapragnęli przejść tę trasę razem - niestety żona ma problemy z biodrem, więc idzie sam.
Drugi powód - bardzo szczęśliwe życie :-) Ma dwoje dzieci, troje wnucząt - i chce za nie podziękować w katedrze w Santiago. Jest bardzo szczęśliwym człowiekiem, ma 65 lat, skończył pracować, wreszcie ma czas i pieniądze na podróż. My - młodzi, mamy przed sobą całe życie. By przeżyć je szczęśliwie, by zacząć cieszyć się nim już teraz. 
Radosne, ciekawe i pouczające spotkanie. Per (bo tak ma na imię sympatyczny Duńczyk) będzie nam towarzyszył jeszcze wiele dni.

Live the life you love.
Love the life you live.

To jedna z sentencji wypisanych na ścianie Albergue de Jesús, bardzo ciekawego, artystycznego miejsca z duszą i przyjemną atmosferą, w którym przyjdzie nam spędzić noc. Wszędzie na ścianach są kolorowe napisy, rysunki, malowidła, w ogrodzie basen i różne śmieszne kolorowe rzeźby. W schronisku zatrzymuje się cała polska grupa i wszędzie rozbrzmiewa polski - dziwne uczucie, ale w kościele pozwalają nam odprawić polską mszę - żywą, piękną, pełną śpiewu. Przyłącza się kilku obcokrajowców i choć nie rozumieją zbyt wiele - są zachwyceni.

tu ostatni raz widzimy przyjaciół z Kanady

Albergue Jezusa ;-)


hiszpańskie kościoły są ulubionym miejscem bocianów :)

Peregrino


z wesołym Duńczykiem

na tarasie albergue, prawdopodobnie pisząc te słowa ;)

wtorek, 5 kwietnia 2011

León - dwadzieścia wieków historii

 03.09.2010
Rankiem krótkie i szybkie kilometry do León. Ze wzniesienia widać było rozpościerające się w dole miasto, robi wrażenie, chyba jest największym z miast do tej pory mijanych na szlaku. Docieram wcześnie, trochę błądzę po centrum zanim udaje mi się wreszcie zlokalizować klasztor benedyktynek, w którym znajduje się albergue. Spotykam moją Miyae oraz Kanadyjczyków, za którymi zdążyłam się znów stęsknić, razem idziemy zwiedzać miasto.

León ma za sobą długą historię, bo zostało założone już w 68 roku jako obóz rzymski, potem kolejno opanowywali go Wizygoci, muzułmanie, aby znów wrócić w ręce chrześcijan, stając się stolicą Królestwa Leonu. Od dawien dawna podążają też z niego pielgrzymi w kierunku Santiago. Miasto jest śliczne, zdobią je kolorowe kamienice i kwiaty, znajdują się w nim nie tylko tak charakterystyczne dla południowych miast wąskie urokliwe uliczki, ale i szeroka okazała aleja, kościoły, pałacyk zaprojektowany przez Gaudiego. Słynna leońska katedra nie może oczywiście dorównać tej z Burgos, ale zachwyt wzbudzają przepiękne kolorowe witraże, które czynią jej wnętrze równie imponującym i doprawdy magicznym. Warto też zajrzeć do San Isidoro, kościoła, gdzie znajdują się szczątki ważnego hiszpańskiego świętego, Izydora z Sewilli.

Po powrocie do albergue spotykam dużą zorganizowaną grupę z Polski - to oazowicze. Znaleźli się na Camino w ramach przygotowań do przyszłorocznych (teraz już tegorocznych;)) Światowych Dni Młodzieży w Madrycie, pielgrzymkę zaczynają właśnie tutaj w León. Wśród nich jest kilka osób z mojego miasta, Łodzi, w tym moja przyjaciółka Marta, która przyjechała z nimi specjalnie by do mnie dołączyć. Opowiadam moje wrażenia i przygody z dotychczasowej wędrówki. Wreszcie też, po trzech tygodniach, dane jest mi uczestniczyć w polskiej mszy świętej - dziwne (ale piękne) uczucie po tym, gdy już zaczęłam się odzwyczajać od polskiego na trasie;)

A oto parę zdjęć z przepięknego miasta, mającego za sobą dwadzieścia wieków historii:


leońska katedra

pałacyk projektu mistrza Gaudiego





wraz z Miyae, szczęśliwe z kolejnego spotkania

mury obronne z XIV wieku



Kościół św. Izydora

zdjęcie nie odda czaru witraży leońskiej katedry


piątek, 18 marca 2011

Na leońskiej ziemi

02.09.2010
Mija dwudziesty dzień jak idę. Tak, od trzech tygodni codziennie wstaję przed wschodem słońca, zakładam plecak i po prostu idę.

Dziś rozmawiałyśmy o tym z Robertą - że jakaś magia jest w tym chodzeniu, w tej wędrówce, wciąż naprzód. Można by przecież zostać w domu lub jechać w jakieś ciche miejsce na łonie natury, by pomyśleć o swoim życiu. A jednak, jest coś specjalnego i niezwykłego w tym, że wolisz iść. Może jest to działanie - to, że nie siedzisz bezczynnie, że coś robisz, krok za krokiem posuwasz się naprzód, masz poczucie dobrze wykorzystanego czasu, pokonujesz jakieś trudności. Uczysz się własnego ciała, jego potrzeb i możliwości. Jednocześnie zaczynasz je lubić, bo wiele może, a jego wygląd tu jest nieważny, liczy się dusza, która z każdym dniem pięknieje.

Dziś pożegnałam się z Robertą. Większość dnia szłyśmy jeszcze razem, rozmawiając i śpiewając jak zwykle, a potem ja zostałam w Arcahueja - ostatnim albergue przed León, ona poszła dalej. Przy pożegnaniu popłakała się i dała mi śliczny drewniany naszyjnik z muszlą - caminowym symbolem. Ale ja jestem pewna, że zobaczymy się jeszcze i to niedługo. Roberta z León wraca do Włoch na wesele swojej kuzynki, ale dzień po weselu przybywa ponownie do Hiszpanii, kontynuować swoje Camino. Będę o dzień lub dwa przed nią, ale spotkamy się jeszcze, najpóźniej w Santiago. Była osobą, z którą szłam najdłużej - radosną, o złotym sercu, śmiechem potrafiła zarazić każdego. Czułam się z nią wspaniale, takich ludzi chowa się w sercu na zawsze.

Znów zostałam sama - już zdążyłam się od tego odzwyczaić. Co prawda tylko na jeden dzień, ale wspominam dziś wszystkich moich przyjaciół peregrinos i bardzo za nimi tęsknię. Droga dziś nie była ciekawa, często wzdłuż szosy, ale w oddali widać już zarysy gór. Miasteczko jest maleńkie, senne, raczej nudne, leniwe. Jedna z tych hiszpańskich, spokojnych wioseczek, idealnych do relaksu i odpoczynku. Jutro - duże, ruchliwe miasto. Wiele osób w León kończy swoją pielgrzymkę, ale też wiele osób jutro ją tam rozpocznie. Do Santiago pozostało ok. 300 km. 
Często teraz na pytanie: "Skąd idziesz?", gdy odpowiadasz: "Z Saint Jean, z Francji", spotykasz się z dużym podziwem.

Jem posiłek, spaceruję po miasteczku, w barze przy albergue rozmawiam chwilę z Hiszpanami, którzy częstują mnie sidrą - tradycyjnym, lekkim, jabłkowym napojem alkoholowym, pochodzącym bodajże z Asturii. Myślę o drugiej połowie mojej przygody, która wciąż jeszcze przede mną. Ostatnio moje myśli często przykuwają sprawy z Polski, chyba przestanę koszystać na trasie z internetu, chcę zostawić to daleko daleko za sobą. Jestem na Camino, jestem wolna.

Dodatek praktyczny: León jest miastem, któremu warto poświęcić cały dzień zwiedzania. Zatrzymanie się tuż przed miastem, by nazajutrz rankiem pokonać szybko ostatnie kilometry i resztę dnia przeznaczyć na odpoczynek i oglądanie pięknego miasta, jest niegłupim pomysłem.



św. Jakub z atrybutami pielgrzyma - kolejny do kolekcji ;-)

La verdad, es el camino...


niedziela, 13 marca 2011

Hiszpański Elvis

 31.08.2010
Droga z Danielem, Claire i Robertą - znów poważne rozmowy przeplatają się z wesołym śpiewem. Ja i Włoszka zostajemy dziś w Sahagún, ciekawym miasteczku gdzie spotkać można najstarsze przykłady charakterystycznego dla Hiszpanii architektonicznego stylu mudéjar, łączącego elementy europejskie z arabskimi. Albergue - przyjemne i ciekawe, mieści się w budynku starego kościoła. Idziemy na obiad z Francuzką Lucie i Niemką Andreą. Jem prawdziwą hiszpańską paellę z owocami morza. Jest smaczna, ale jednak z ulgą kończę - dziewczyny nie mogą się nadziwić czemu nie zachwycam się obfitością muszli, skorupiaków i krewetkowych odnóży wystającymi z przyprawionego szafranem ryżu ;-)
Wieczorem odnajduje mnie znów moja koreańska przyjaciółka Miyae, ciągle przemieszczająca się autobusem. Dowiaduję się od niej, że dotarł też tu dziś spotkany przez nas w Orisson, na początku wyprawy pan Andrzej - wesoły "góral" z akordeonem! Niestety nie udaje mi się go ponownie spotkać, podobno jest w drugim albergue. Miyae nazajutrz jedzie prosto do León i obiecuje, że tam na mnie poczeka i będziemy dalej już razem kontynuować pielgrzymkę.

01.09.2010
Tego dnia sprawdzają się dwie z caminowych zasad:
1. Rozpoczęcie dnia w ciemnościach może zaowocować pomyleniem drogi.
2. Nie ma tego złego co by na dobre nie wyszło, czyli że pomyłka może okazać się korzystna.
Otóż nudny i monotonny odcinek trasy do Reliegos ma dwie wersje - jedną wzdłuż szosy, drugą alternatywną przez pola, pierwotnym szlakiem - niestety tylko z jedną miejscowością po drodze na odpoczynek. Decydujemy się z Robertą iść trasą zwykłą, prostą, wzdłuż jezdni - w momencie wyboru jest jeszcze ciemno, więc nie chcemy ryzykować zgubienia się na alternatywnej trasie. Idąc wśród natury, dziwimy się złym opiniom odcinka w przewodnikach, ale i brakowi miasteczek po drodze. Wszystko wyjaśnia się gdy w końcu docieramy do miasteczka i na tabliczce widzimy nazwę... Calzada de los Hermanillos. Wbrew zamierzeniom, pomyliłyśmy się i poszłyśmy trasą alternatywną. Nie żałujemy jednak, bo trasa była urokliwa, a i pogoda sprzyjająca - niebo zachmurzone, orzeźwiający wietrzyk, parę kropli deszczu - w sam raz, by nie umrzeć z gorąca na tym pustkowiu. Nie spotykamy prawie wcale innych pielgrzymów, w jedynej wiosce po drodze wchodzimy do baru na kawę, potem drogę wskazuje nam jakiś sympatyczny hiszpański staruszek. Na koniec, gdy jesteśmy już wyczerpane dzisiejszą drogą (31 km), Roberta proponuje wspólne odmówienie różańca. Każda dziesiątka w innej intencji - nam bliskiej, i na zmianę - jedna po polsku, jedna po włosku. Piękne i bardzo pomogło nam w przetrwaniu tego ostatniego wysiłku.

O głównej atrakcji Reliegos już parę kilometrów przed miastem informują nas poprzyklejane na drzewach i słupach artykuły z gazety, wszystkie przedstawiające szelmowsko uśmiechniętego, wąsatego mężczyznę w czarnym, przekrzywionym zadziornie berecie. Zwą go "Elvisem Presleyem Camino". Jego bar, Il Torre to wielka książka - całe ściany pokryte są przeróżnymi napisami w różnych językach, zostawianymi przez pielgrzymów. Sam Elvis jest szalony i wesoły, wydaje się być nie z tego świata. Idziemy do jego baru wraz z Lucie, Andreą, Litwinką Ievą i grupą Hiszpanów, z okazji urodzin Lucie. Hiszpanie kupili ciasto, złożyliśmy sympatycznej Francuzce życzenia, trochę tańczyliśmy (oj nie odpoczęły biedne pielgrzymie stopy), no i oczywiście dodaliśmy swój ślad na ścianie baru szalonego Elvisa. Hiszpanie, jak przystało na prawdziwych caballeros, za wszystko zapłacili;-) Wieczór ciekawy, po raz kolejny coś nowego i urozmaiconego. Może  tym razem tylko mało "pielgrzymkowy".
Po głowie chodzi mi piosenka zespołu Partia - "Hiszpański Elvis" ;-)

Dodatek praktyczny: Alternatywne odcinki tras Camino będą pojawiać się parokrotnie. Wyboru należy dokonać oceniając obiektywnie swoje siły, możliwości i warunki pogodowe - trasy alternatywne, zazwyczaj odcinki pierwotnego szlaku Camino, nie prowadzą w przeciwieństwie do trasy normalnej wzdłuż jezdni i szos, a raczej przez pola i wśród przyrody, ale zazwyczaj też są trochę cięższe i mniej zaludnione, można długo iść nimi nie spotykając innych pielgrzymów, ani możliwości zaopatrzenia czy odpoczynku w cieniu. Trzeba więc się dobrze zastanowić przed wyborem odpowiedniej trasy.

droga i długo długo nic


coraz bliżej do León

Camino w prowincji Palencia

świętujemy urodziny Lucie w barze "Hiszpańskiego Elvisa"

tego wieczoru pielgrzymie stopy nie odpoczęły ;)

dodajemy swój ślad w wielkim pielgrzymowym pamiętniku

piątek, 11 marca 2011

Katharsis

30.08.2010
Za Carrión de los Condes czekały nas długie i nużące 17 km bez żadnego odpoczynku do Calzadilla de la Cueza. Idę wciąż z Robertą, mamy podobne tempo i stałyśmy się swoimi dobrymi towarzyszkami drogi, rozmawia nam się też świetnie na wiele tematów - także tych ważnych i trudnych jak religia, rodzina, związki, życie w ogóle.

Na Camino spotyka się całą masę ludzi różnych narodowości i wyznań - nie tylko katolików. Protestantów, agnostyków, ateistów. Najpiękniejsze w każdym z nich jest ich człowieczeństwo, prostota, miłość, to, że każdy ma własną historię. Tu na szlaku, w atmosferze tolerancji, wzajemnej życzliwości, szacunku i pomocy, wyznanie nie ma znaczenia, przecież w każdym chodzi o to samo. A Bóg i tak jest jeden i ten sam.

Albergue w Calzadilla posiada basen. Wypoczynek przy nim przynosi ulgę po długiej wędrówce w upale. Spotykam tu znów Francuzkę Caroline, której nie widziałam od kolacji w Roncesvalles! Niesamowite spotkać kogoś po tak długim czasie. Jest rzeczywiście tak, jak mówi Roberta - każdy z nas podąża tą samą trasą, a jednak Camino każdego z nas jest zupełnie, całkowicie inne w zależności od tego gdzie się zatrzyma, czy kogo spotka. Każdy z nas ma inne doświadczenia i przeżycia, choć podążamy do jednego celu. A czasem droga jest ważniejsza niż sam cel. Camino jest przepiękną metaforą życia.

Na trasie mijamy się z poznanym w Puente Fitero Hiszpanem z Alicante o imieniu Jaime. Podjeżdża trochę autobusem, bo ma duże problemy z nogami. Mnie, dzięki Bogu, jak na razie omijają wszelkie poważniejsze problemy. W Calzadilla zatrzymali się też Daniel i Claire! Kochani Kanadyjczycy, tak długo niewidziani.

Ciekawe, czy życie w drodze kiedykolwiek by mi się znudziło. Teraz wiem, że nie będę się bała już wyruszyć, że wystarczy tylko się odważyć i ruszyć z domu. Zawsze. Jestem pełna energii i wiary, z głową pełną marzeń o kolejnych podróżach, z chęciami do rozpoczęcia studiów, nauki, pracy, budowania przyszłości. Wraz z Camino zaczęło się dla mnie całkiem nowe życie. Czuję się niezależna i samodzielna, udowodniłam sobie samej, że potrafię. Jednocześnie zrozumiałam też, że nie zmienię swojego charakteru, że zawsze będę trochę nieśmiała, ale to mi w niczym nie przeszkadza. Taka jestem i już. Zaakceptować.

Wieczorem kolacja jak zwykle w międzynarodowym gronie, ale tym razem najniezwyklejsza i najbardziej wyjątkowa. Wzruszająca. Śmialiśmy się, śpiewaliśmy w różnych językach. Oprócz mnie (Polska), Roberty (Włochy), Daniela i Claire (Kanada) i Caroline (Francja), dołączyła do nas hospitalera Judyta (Węgry), Lucie z Francji i Andrea z Niemiec. Judyta śpiewa nam prześliczną piosenkę po węgiersku, z której nie rozumiemy ani słowa, ale brzmi pięknie i egzotycznie. Są piosenki, które znamy wszyscy i wszyscy śpiewają na raz w swoim własnym języku każdy - np. "Panie Janie...", które (ciekawostka!) w pierwotnej wersji językowej zawiera w sobie imię Jakuba i wywodzi się właśnie stąd, z Camino! Śpiewamy też narodowe hymny. W pewnym momencie Daniel zaczyna opowiadać nam o swoim życiu i problemach - z pracą, żoną, synem... Po paru sekundach miał w oczach łzy, prawdziwe łzy... Ma 51 lat i mówi, że drugą połowę życia chce przeżyć inaczej. Dlatego jest teraz tutaj. To takie piękne, takie głęboko ludzkie - tu na Camino nikt nie wstydzi się łez. Tu jesteśmy sobą, prawdziwi i autentyczni. Nie ma po co zakładać maski, nie ma przed kim się kryć... I tak w jednej chwili jest śpiew, potem śmiech, a w kolejnej ten dorosły, silny, 51-letni, stale dowcipkujący mężczyzna ma oczy pełne łez... Było to przedziwne, a jednocześnie piękne i tak bardzo mocne, że wyzwoliło we mnie znów całą falę miłości do człowieka, wiary w jego dobroć i piękno, w czystość jego serca i w mądrość, mimo różnych, często pełnych bólu historii.

wszechobecny hiszpański patriotyzm ;)
fasada jednego z niezliczonych pięknych kościołów na trasie
niebo o wschodzie słońca nie przestaje zadziwiać i zachwycać
ciekawa architektonicznie wioska - domy jakby z mułu, z niebieskimi dodatkami;)
strachy w polu :)

piątek, 25 lutego 2011

Kolejne pożegnanie

29.08.2010
Szliśmy z Robertą i Andreą gadając, podśpiewując, podziwiając piękny poranek i wschodzące słońce, które ukazało przejrzystą rzeczkę i otaczające ją drzewa. Napotkaliśmy dwóch rybaków, którzy pokazali nam w jaki sposób łowią raki (tudzież inne skorupiaki) i zaprezentowali kilka żywych jeszcze okazów już schwytanych... Cieszyli się, że ich praca wzbudziła nasze zainteresowanie. Po jakimś czasie skończyła się jednak sielanka, bo w połowie etapu szlak zaczął prowadzić wzdłuż szosy, w dodatku mocno doskwierał nam upał. Dla przyspieszenia czasu wędrówki zaczęliśmy śpiewać. Włosi byli bardzo ciekawi jak brzmią piosenki po polsku, więc zostałam nakłoniona do odśpiewania polskiego hymnu (który bardzo wpadł im w ucho), a potem i innych piosenek, jednej nawet się nauczyli - tak, zajęło to całą pozostałą drogę, więc nie musieliśmy już dłużej bać się o nudę...;)

Villalcázar de Sirga jest miasteczkiem spokojnym, cichym, sennym... przyjemnym. Z imponującym kościołem oczywiście. Jemy razem obiad, a potem żegnamy się, bo Andrea idzie 6 km dalej dołączyć do przyjaciół. Jutro kończą swoje Camino i wracają do Włoch, a my z Robertą zostajemy w schronisku z sympatyczną niemiecką hospitalerą, z którą rozmawiamy potem o wielu różnych sprawach nieco dłużej i głębiej.

Rano wstajemy bardzo wcześnie i prędko, w ciemnościach, staramy się przejść 6 km dzielące nas od Carrión de los Condes, gdzie chcemy spotkać się z Włochami, którzy o 8 mają autobus do Valladolid, skąd polecą samolotem do domu. Udaje nam się ich złapać, w samą porę by zjeść wspólne śniadanie. I cóż. Kolejne rozstanie. Do tego na Camino trzeba już przywyknąć.

budzi się kolejny dzień

Camino to obcowanie z naturą


hiszpański rybak prezentuje nam swoje zdobycze



"Jeżeli Bóg z Tobą, cóż może Cię zwyciężyć?"



poniedziałek, 21 lutego 2011

Podróż w czasie

28.08.2010
Wieczory i poranki na mesecie są zimne - jak na pustyni. Miasta po drodze też są w kolorze pustyni, ciche, spokojne, tajemnicze. Podoba mi się wielka przestrzeń, ogrom nieba i wolność, jestem zwyczajnie szczęśliwa. W drodze znów długo rozmawiam z Robertą, chyba najpiękniejsze rzeczy o sobie i innych odkrywa się w rozmowie. Tak, ważne jest wyciszenie i bycie sam na sam z myślami, ale płyną one zbyt szybko - dopiero sformułowane w słowa i wypowiedziane stają się jakieś bardziej trwałe. Szkoda, że nie sposób zapamiętać i zapisać wszystkiego co zostało powiedziane i usłyszane. Mijamy o świcie majestatycznie wznoszące się ponad drogą ruiny klasztoru San Antón, wpatrujemy w rozległe krajobrazy mesety, przyglądamy pasterzowi prowadzącemu w pole stada owiec. W uroczym Castrojeriz wdajemy się w krótką rozmowę z jakimś serdecznym staruszkiem, a także oglądamy piękny kościół - niestety o tej godzinie jeszcze zamknięty. Droga jest dziś piękna, sielankowa. Trudu dostarcza jedynie pod koniec wspinaczka na wysokie wzgórze, skąd rozciąga się wspaniały widok na całą mesetę, przeciętą jasną wstążeczką drogi, która wciąż przed nami do przebycia - zdjęcie, które znajduje się w szablonie tego bloga.

Wreszcie na horyzoncie widać miejsce, gdzie zatrzymamy się dzisiaj. Gdy docieramy tam, jest jeszcze dość wcześnie, ale jesteśmy zupełnie zdecydowane, że musimy spędzić noc właśnie tu. Bardzo się ucieszyłyśmy, gdy zobaczyłyśmy, że zatrzymał się tu też Andrea! Sam, reszta Włochów - jego przyjaciół, poszła dalej, bo gdy tu dotarli była jeszcze wczesna godzina. Ma dogonić ich jutro. 
Tuż obok Puente Fitero, XII-wiecznego mostu, znajduje się malutki budynek z kamienia, albergue San Nicolás, prowadzone przez włoskie towarzystwo jakubowe. Znajduje się ok. 1-2 km od wioski Itero de la Vega, w odrestaurowanym fragmencie starego, XIII-wiecznego klasztoru czy kościoła. Jest to pełne atmosfery duchowości miejsce dla "prawdziwych pielgrzymów". Prowadzone przez Włochów, za donativo, ze wspólną kolacją i śniadaniem przy świecach (nie ma elektryczności), pielęgnujące stare tradycje, jak obrzęd mycia stóp pielgrzymom przez hospitaleros, na wzór Chrystusa i apostołów. Wewnątrz - wszystko z kamienia, stare, proste łóżka, stół ze świecami, figura św. Jakuba, ołtarzyk. Łazienka w osobnym budyneczku z tyłu. Wokół pozostałości kościoła pnie się winogrono, kwitną kwiaty. Wśród drzew rozwieszone są sznury, na których suszą się pielgrzymie ubrania, uprane w wodzie ze studzienki z pompą pośrodku podwórka, niczym w jakichś dawnych czasach. Wokół bezkresne, żółte pola mesety, niedaleko stary most na rzece Pisuerga, rzędy szumiących drzew. Wiosną miejsce to otacza zieleń i kwiaty, latem złote kłosy zboża, w późnych dniach sierpnia - równo skoszone, pożółkłe pola. Wszędzie panuje cisza, przerywana jedynie szumem wiatru, spokój i niesamowity urok. Odpoczynek dla ciała i dla ducha.
Z Robertą i Andreą rozmawiamy o tym, że robiąc coś tak wyjątkowego jak podążanie Camino, każdego dnia idąc - niesamowicie się w gruncie rzeczy odpoczywa. Większość ludzi pewnie nie rozumie czemu wybraliśmy trud zamiast zwykłych wesołych wakacji w kurorcie, ale my to wiemy. Chyba nigdy już nie będę chciała jechać na normalne, zorganizowane wczasy.

Wiem, czemu jestem szczęśliwa i czuję, że uchwyciłam szczęście właśnie tutaj, pośrodku pola na hiszpańskiej mesecie, w tej chwili. To poczucie tkwienia w samym środku spełniającego się marzenia. To wolność i niezależność. Odwaga, małe kroki naprzód każdego dnia. W gruncie rzeczy dużo prościej jest po prostu iść, nie mieć innych trosk jak ból w nogach i zmęczenie, niż żyć w codzienności. Po powrocie do Polski chyba już nic nie będzie takie samo - będzie trudniej, bo nie będzie żółtych strzał, które pokazują drogę, ale mimo to będę ich szukać, aż zauważę. W życiu też muszą być przecież jakieś drogowskazy - trzeba je tylko znaleźć i za nimi podążać, jak za żółtymi strzałkami na Camino. To takie proste.

Pokochałam Hiszpanię. Upewniłam się, że dobrze wybrałam studia. To też ważne poczucie, chociaż wiedziałam, że tak będzie - nie mogło być inaczej;) Dopiero od dwóch tygodni wędruję Camino, a tak wiele się już zdarzyło - tyle emocji, tyle piękna, tyle wrażeń, tylu ludzi. Tu czuję, że żyję i że życie jest piękne. Zresztą, Camino to życie w pigułce. Jest tu wszystko - droga, pielgrzymowanie to jedna wielka metafora życia.

Długo rozmawiam o tym wszystkim z Andreą, siedząc na trawie w blasku słońca, a potem idziemy na kolację. Przed nią - rytuał. Pielgrzymi (poza naszą trójką nocują tu jeszcze Hiszpan, Amerykanka, dwie Szwedki i dwie Peruwianki) siadają w kręgu, a hospitaleros ubrani w peleryny ozdobione muszlami polewają wodą i ocierają ręcznikiem stopę każdego z nas, wymawiając tajemnicze słowa błogosławieństwa na dalszą drogę. Potem wspólnie zasiadamy do kolacji przy świecach, a po posiłku przychodzi stary Hiszpan z gitarą i rozpoczyna się cudowny wieczór śpiewania włoskich i hiszpańskich piosenek. Totalna magia i rzecz trudna do uwierzenia - siedzieć przy stole z ludźmi z różnych stron świata, w maleńkim, kamiennym, starym klasztorze, przy świecach, gdzieś wśród pól północnej Hiszpanii, przy dźwiękach gitary, słuchając hiszpańskiej muzyki.
Potem wyszliśmy jeszcze pooglądać gwiazdy, których tu było widać mnóstwo. Mimo zimna, położyliśmy się z Robertą i Andreą na ziemi i patrzyliśmy, potem śmialiśmy wszyscy, bo ulubioną zabawą Włochów stały się próby wypowiadania polskich słów. Po takim wieczorze, spało się wyśmienicie. Pobyt w San Nicolás był jednym z najbardziej niesamowitych przeżyć Camino.

Dodatek praktyczny: Budynek w środku pola wygląda dość niepozornie i większość pielgrzymów albo mija go całkowicie, albo wstępuje tylko po pieczątkę. Słyszałam o dużej liczbie chętnych by tu spać i nie liczyłam na wolne miejsca, a zaskoczyła mnie mała liczba pielgrzymów - miejsc jest tylko kilkanaście, a zostały jeszcze wolne bo przyszło nas dziewięcioro. Jest to jednak tak niesamowite miejsce i dostarczające takich przeżyć, że warto zaplanować etap tak, by właśnie tutaj dotrzeć na nocleg, czy nawet specjalnie tu zaczekać nawet jeśli dotrze się bardzo wcześnie - tak jak to zrobił Andrea. Jego przyjaciele wystraszyli się opowieści o braku elektryczności i ciepłej wody, ale okazało się, że niepotrzebnie - woda ciepła była i światło również (w osobnym budynku, w którym urządzona jest łazienka). Potem podobno bardzo żałowali, że przez wygodnictwo ominęło ich takie przeżycie;) Tak jak było w przypadku Grañón - najwspanialsze miejsca, które stają się najpiękniejszymi wspomnieniami z pielgrzymki, są za donativo, absolutnie nie nastawione na zysk. Jeśli dotrzecie do albergue wcześnie i z głodu ciężko będzie wam wytrzymać do kolacji, można udać się spacerkiem na obiad do pobliskiego Itero de la Vega (tak zrobiliśmy my), podziwiając po drodze starodawny most i piękne drzewa - bez plecaka taki spacerek to sama przyjemność.


majestatyczne ruiny klasztoru San Antón

pasterz ze stadem owiec, w tle ruiny zamku królujące na wzgórzu nad Castrojeriz

malownicze miasteczko Castrojeriz z pięknym kościołem

mój plecak odpoczywa, gdy my przyglądamy się planowi miasta;)

pustynny krajobraz Mesety, wynagradzający mozolną wspinaczkę na wzgórze

jedno z najcudowniejszych miejsc Camino - rajska oaza na pustyni ;)

Hospital de Peregrinos - San Nicolás de Puente Fitero

tyły budynku

a nad głową soczyste kiście winogron...

raj

widok na to locus amoenus ze średniowiecznego mostu na rzece Pisuerga

mniejszy budynek po prawej to łazienka, droga po lewej - Camino



w tle słynny most

figura św. Jakuba we wnętrzu albergue

wnętrze albergue mieszczącego się w odrestaurowanym XIII-wiecznym klasztorze

zasiadamy do kolacji przy świecach